Osoby prowadzące działalność gospodarczą odprowadzają do ZUS składki , które dla nowych firm wynoszą od 30 proc. minimalnego wynagrodzenia w gospodarce, dla pozostałych od 60 proc. średniego wynagrodzenia w gospodarce. W przypadku zatrudnienia na podstawie umowy o pracę podstawą obciążenia składką ubezpieczeniową jest pełne otrzymywane wynagrodzenie.
Pomysły na zwiększenie wysokości składek płaconych przez osoby samozatrudnione pojawiały się już wcześniej. Głośno mówił o tym jeszcze w ubiegłym roku minister Michał Boni. Argumentem miało być m.in. to, że osoby płacące niskie składki otrzymają także bardzo niskie świadczenia w przyszłości. Ich emerytura z publicznego systemu wyniesie kilkaset złotych.
- Jest duża otwartość do tego pomysłu - mówił niedawno w rozmowie z nami Władysław Kosiniak-Kamysz, minister pracy i polityki społecznej.
Rząd, jak napisał w informacji Lewiatan, chce by samozatrudnieni płacili składki emerytalno-rentowe proporcjonalnie do dochodu. Nie mniej niż od ustawowego minimalnego wynagrodzenia i nie więcej niż od 250 proc. przeciętnego wynagrodzenia. Wysokość składek mieściłaby się zatem w granicach od 400 do 2400 zł.
- Przedsiębiorcy są temu przeciwni, chyba że nowe zasady miałyby charakter powszechny i objęły wszystkich ubezpieczonych, w tym rolników, górników, nauczycieli, sędziów, prokuratorów i pracowników służb mundurowych – uważa Jeremi Mordasewicz, doradca zarządu PKPP Lewiatan.
Zdaniem Lewiatana równoważenie systemu emerytalnego powinno być realizowane poprzez likwidację przywilejów i zmniejszanie wydatków, a nie zwiększanie składek.
- Przedsiębiorcy mają zapłacić 4 mld zł rocznie więcej. Ponad 10 mld zł rząd mógłby uzyskać ograniczając przywileje emerytalno- rentowe służb mundurowych i rolników. Nie chce się jednak narażać tym grupom zawodowym. Woli poszukać dodatkowych pieniędzy u przedsiębiorców, bo jest przekonany, że nie będą głośno protestować - mówi Mordasewicz.