Problemem jest cena – są droższe niż te o zmiennej stopie. – Klienci podejmują decyzję o kredycie głównie przez pryzmat wysokości bieżącej raty, a nie tego, czy stopy za pięć–dziesięć lat wzrosną i jaka wtedy będzie rata – zaznaczał Rafał Kozłowski, wiceprezes PKO BP, w niedawnej rozmowie z „Parkietem”. Obecnie różnica w cenie takich kredytów wynosi 0,5–0,6 pkt proc., co przekłada się na ratę kredytową wyższą o ok. 5–7 proc.
Brunon Bartkiewicz, prezes ING Banku Śląskiego, postulował wprowadzenie produktu, który będzie możliwie zbliżony cenowo do kredytu na zmienną stopę procentową. Jednak, aby tak się stało, konieczne są zmiany regulacyjne. Branża liczyła, że wprowadzi je ustawa o kredycie hipotecznym, która weszła w życie w lipcu 2017 r. Tak się jednak nie stało. Wręcz przeciwnie, pogorszyła nieco sytuację, bo ułatwiła wcześniejszą spłatę kredytów bez prowizji i banki się obawiają, że klienci często by to robili, pozostawiając je z kosztem zabezpieczenia stałego finansowania.
– Rozwiązaniem mogłoby być na przykład zwolnienie banków z niektórych obciążeń, np. w zakresie wymogów kapitałowych czy podatku bankowego. Wtedy mogłyby zbliżyć cenę kredytów stało- i zmiennoprocentowych – mówił Bartkiewicz. Odmiennego zdania jest Kozłowski, który wprawdzie także zgadza się z koniecznością zbliżenia cen tych kredytów, ale w inny sposób. – Mówimy o zróżnicowaniu warunków, a nie o preferowaniu stałoprocentowych. Dopuszczamy, że normy dla kredytów zmiennoprocentowych byłyby zwiększone, aby zawęzić ich sprzedaż do grupy klientów bardziej odpornych na zmiany stóp – dodał.