Polisa czy fundusz? Trochę prawdy o „ubezpieczeniach emerytalnych"

Produkty ubezpieczeniowe i fundusze inwestycyjne konkurują o nasze oszczędności emerytalne. Porównując te oferty należy zwrócić szczególną uwagę na całkowite koszty obciążające zainwestowane środki - pisze Krzysztof Nowak z Mercer

Publikacja: 24.10.2012 13:34

Krzysztof Nowak, Mercer Polska

Krzysztof Nowak, Mercer Polska

Foto: ROL

Zawsze doceniałem skuteczność działania firm ubezpieczeniowych w obszarze tzw. „produktów emerytalnych". Może to właśnie dzięki ich działaniom (choć oczywiście z bardzo zamierzchłej przeszłości) do terminologii emerytalnej wprowadzono termin „ubezpieczenia społeczne", który używany bywa również powszechnie w sferze emerytalnej – tak, jakby nowoczesne emerytury (w większości o charakterze tzw. defined contribution, czyli czysto inwestycyjnych produktów) miały wiele wspólnego z ubezpieczeniami. W efekcie, szczególnie w przeszłości kiedy ktoś z nas zamierzał rozpocząć oszczędzanie „emerytalne" pierwszą jego myślą było skontaktować się z firmą ubezpieczeniową i wykupić „polisę emerytalną". W rzeczywistości, jedynie na początku lat 90-tych inwestycyjne produkty ubezpieczeniowe rzeczywiście mogły być utożsamiane z ubezpieczeniami (mam tutaj na myśli tzw. polisy na życie i dożycie). Bowiem już mniej więcej w drugiej połowie lat 90-tych polisy tego typu zostały wyparte przez umowy z ubezpieczeniowym funduszem kapitałowym (ufk), a ten produkt jest już właściwie czysto inwestycyjnym rozwiązaniem. Mimo to wciąż wielu z nas kiedy myśli o zabezpieczeniu własnej emerytury niejako automatycznie kojarzy to zabezpieczenie z umową ubezpieczenia.

W ten sposób pomijamy w rzeczywistości istotnego konkurenta dla produktów ubezpieczeniowych, jakim są fundusze inwestycyjne. To właśnie te dwa produkty konkurują obecnie ze sobą o nasze oszczędności emerytalne. A czy rzeczywiście są one tak samo atrakcyjne dla inwestora? Gdybym musiał odpowiedzieć szybko odpowiedź byłaby prosta – nie są tak samo atrakcyjne (przynajmniej ich większość). Fundusze inwestycyjne zazwyczaj są prostszym i bardziej przyjaznym produktem. Dysponując jednak prawie „nieograniczonymi" możliwościami argumentacji (ograniczonymi właściwie czasem, jaki zamierzam poświęcić na napisanie tego felietonu) mogę to uzasadnienie przedstawić w bardziej rozbudowany sposób, koncentrując się na wybranych, kluczowych argumentach przemawiających za tym poglądem.

Chciałbym zostać dobrze zrozumiany przez „stronę ubezpieczeniową". Nie krytykuję tych produktów „dla zasady". Uważam bowiem, że część wad polis emerytalnych to po prostu konsekwencja modelu w jakim działają firmy ubezpieczeniowe, które swoje produkty sprzedają za pośrednictwem agentów. W efekcie by skłonić ich do wysiłku muszą oferować atrakcyjne warunki prowizyjne. I w ten sposób – poprzez konieczność odpowiedniego wynagrodzenia dystrybutora – produkty te stają się drogie (droższe) od wciąż najczęściej „pasywnie" sprzedawanych funduszy inwestycyjnych. Ale i to się pewnie niedługo zmieni. Coraz częściej bowiem również i fundusze inwestycyjne zaczynają być oferowane przez zewnętrzne sieci dystrybucji „aktywnej", czyli doradców finansowych, a bywa, że i również agentów ubezpieczeniowych. Póki co jednak tak się nie dzieje i wciąż najczęściej to właśnie polisy emerytalne są droższe (szczególnie w perspektywie kilku lat) niż produkty oferowane przez TFI.

Aby dobrze zrozumieć znaczenie kosztów dystrybucji polis emerytalnych to warto pamiętać, że agent sprzedający nam taką polisę otrzymuje w pierwszym roku do 60 proc. wpłaconych przez nas składek (zainwestowanych kwot). W efekcie wartość naszego konta (po uwzględnieniu pozostałych kosztów towarzystw ubezpieczeniowych) rzadko przekracza kilkadziesiąt procent wpłaconych kwot. Gdybyśmy „zgromadzone na polisie" środki chcieli wypłacić to okazuje się, że nasza (umowna) strata po pierwszym roku to minus 60 i więcej procent. Brzmi mało atrakcyjnie? Oczywiście i właśnie dlatego firmy ubezpieczeniowe wprowadzają tzw. opłatę od wypłaty środków w pierwszych latach funkcjonowania umowy. To oczywiste, że muszą w ten sposób wyeliminować ryzyko dopłacania do interesu, a więc zniechęcić posiadaczy polis do wypłaty środków w okresie pierwszych kilku lat trwania umowy. Przy okazji warto również pamiętać, że w kolejnych latach funkcjonowania polisy agent nadal otrzymuje część naszych wpłat, choć tym razem ta część nie przekracza już zazwyczaj poziomu 2-4 proc. Źródłem finansowania tych 2-4 proc. bywa często opłata dystrybucyjna, przewrotnie nazywana przez firmy ubezpieczeniowe „procentem alokacji". Taka właśnie 95 proc. alokacja to nic innego jak 5 proc. opłata dystrybucyjna. Niby to samo, ale jakże inaczej brzmi!

No a teraz przejdźmy do funduszy inwestycyjnych. Jaka część wpłaconych do nich składek „znika" z naszych kont? Zazwyczaj znacznie mniej. Z funduszami sprawa w ogóle wydaje się być prostsza (co stanowi o jednej z głównych przewag tych produktów) – sposób pobierania opłat jest tutaj bowiem wystandaryzowany i dodatkowo w miarę precyzyjnie regulowany przez prawo. W efekcie, w odróżnieniu od często kilkustronicowych i mało zrozumiałych tabel opłat stosowanych przez firmy ubezpieczeniowe koszty funduszy inwestycyjnych opisuje zwykle 3-punktowe zestawienie. Zazwyczaj pierwszy punkt zestawienia to tzw. opłata dystrybucyjna (procent składki, który zabiera nam TFI jeszcze przez zainwestowaniem tych środków), druga pozycja to tzw. wynagrodzenie towarzystwa (to opłata za to, że TFI będzie zarządzało naszymi środkami). W końcu ostatnia pozycja (i to wcale nie za często) to opłata od wypłaty. W praktyce pierwsza grupa kosztów (opłata dystrybucyjna) rzadko przekracza poziom 4-5 proc., druga – wynagrodzenie TFI – w najdroższych funduszach akcyjnych bądź zagranicznych to maksymalnie 4-6 proc., ostatnia także nie przekracza kilku procent zgromadzonych środków. Czy te opłaty są małe? Niestety nie, doskonale to widzimy porównując wpłacone przez nas kwoty z tymi zgromadzonymi już na kontach. Należy bowiem pamiętać, że aby TFI dostarczyło nam jakikolwiek zysk to musi najpierw „odrobić" te koszty, a więc w pierwszym roku np. 4 proc. od składek oraz 4 proc. za zarządzanie (plus dodatkowo koszty depozytariusza oraz opłaty transakcyjne - w końcu nikt za darmo nie będzie przechowywał środków funduszu, ani kupował i sprzedawał jego aktywów). Czy znamy wiele inwestycji, które w takich warunkach pozwolą inwestorowi jeszcze zarobić? Czyli innymi słowy pokryć te „z grubsza" 8 proc. i dostarczyć dodatkowy dochód? Niestety nie, w efekcie większość funduszy przynosi inwestorom straty, szczególnie w pierwszych latach oszczędzania (znaczenie opłaty dystrybucyjnej wyraźnie spada w przyszłości, jest ona bowiem pobierana tylko od wpłaty, a wpłacić daną kwotę możemy przecież jedynie raz).

Podsumowując, koszty obu produktów są duże i pewnie jeszcze długo będą średnio konkurencyjne patrząc na skalę zysków możliwych do osiągnięcia na rynku finansowym. Mimo wszystko w tej kategorii TFI najczęściej i tak wyraźnie wygrywają z polisami emerytalnymi, szczególnie jeżeli weźmiemy pod uwagę stosunkowo krótki horyzont czasu (do powiedzmy 4-7 lat).

Dodatkowo koszty w TFI są znacznie bardziej czytelne dla inwestora. Nawet osoba o mniejszym doświadczeniu będzie w stanie zrozumieć konsekwencje tych opłat i na tej podstawie podjąć decyzję o wyborze konkretnego TFI i konkretnego funduszu. W towarzystwach ubezpieczeniowych tego komfortu często nie znajdziemy. Sam się zaliczam do osób o raczej nie małym doświadczeniu, a wciąż lektura ogólnych warunków ubezpieczeń, tabel opłat oraz dokumentów regulujących sposób funkcjonowania ubezpieczeniowych funduszy kapitałowych dostarcza mi niezwykłych wrażeń i bywa wyzwaniem dla intelektu. By udowodnić tą tezę poniżej przedstawię kilka prawie że standardowych „konstrukcji" polis emerytalnych, które czynią z tych produktów nie zawsze zrozumiały produkt.

Na początek ważne spostrzeżenie, otóż z praktyki wiem, że oferty poszczególnych zakładów ubezpieczeń są tak różne, że ich porównanie bywa niezwykle skomplikowane. Czasami można wręcz odnieść wrażenie, że stopień skomplikowania poszczególnych kategorii kosztów to celowy zabieg mający na celu utrudnienie porównania ofert, a w końcu również  wyników inwestycyjnych samych funduszy ubezpieczeniowych (chcę w ten sposób powiedzieć, że problem ten dotyczy nie tylko porównań pobieranych opłat, ale również porównań stóp zwrotu osiąganych przez fundusze).

A teraz do konkretów - ubezpieczyciele pomniejszają wpłacaną przez pracodawcę składkę o koszty ochrony ubezpieczeniowej. Jest to zrozumiałe z racji charakteru produktu ubezpieczeniowego. Ale dodatkowo wpłaty inwestora pomniejsza są o koszty administracyjne zwane też kosztami zakładu ubezpieczeń. W związku z tym składka alokowana do funduszu jest mniejsza o kilka do kilkunastu procent od składki wpłaconej przez inwestora. Co więcej niektórzy ubezpieczyciele zmodyfikowali swoje produkty w taki sposób, że obecnie niektóre koszty pobierane są w formie umorzenia jednostek (firmy umarzają po prostu część jednostek należących do inwestora). W efekcie mogą nadal publikować wysokie zyski, „zapominając" dodać, że inwestor wcale na koncie nie ma dzięki temu więcej środków. Zostały bowiem mu zabrane jednostki uczestnictwa. Powtórzę - pobieranie kosztów poprzez umorzenie jednostek z rachunku uczestnika nie wpływa na wartość jednostki funduszu i co za tym idzie poważnie utrudnia porównanie stóp zwrotu osiąganych przez te fundusze w porównaniu do funduszy inwestycyjnych lub ubezpieczeniowych funduszy kapitałowych, które pobierają opłaty za zarządzanie z aktywów przed wyceną jednostki. Publikowana jednakowa stopa zwrotu osiągnięta przez dwa fundusze nie oznacza, że zarządzający funduszami osiągnęli takie same wyniki inwestycyjne. W tej sytuacji, w przypadku funduszu w którym np. opłaty za zarządzanie pobiera się w formie umorzenia jednostek, rzeczywiście osiągnięta stopa zwrotu jest niższa niż w funduszu, w którym opłata za zarządzanie jest odejmowana z aktywów przed wyceną jednostki.

Obecnie właściwie powszechnie spotkać możemy UFK, które inwestują środki w wybrane fundusze inwestycyjne (zarządzane przez TFI). W takim przypadku inwestor ma możliwość wyboru spośród znacznie większej liczby oferowanych funduszy niż w przypadku umowy z towarzystwem funduszy inwestycyjnych, które oferuje jedynie fundusze zarządzane przez siebie. W ten sposób firmy ubezpieczeniowe chcąc powiedzieć inwestorom, że mogą w ramach jednej umowy ubezpieczenia znaleźć najlepsze fundusze wielu TFI (przebadane i „rekomendowane" przez firmę ubezpieczeniową). No i znowu inwestor rzadko jest informowany, że rzeczywiście być może inwestuje w fundusz zarządzany przez TFI (nawet jego nazwa brzmi znajomo, np. „towarzystwo funduszy inwestycyjnych X fundusz akcyjny"), ale to wcale nie jest ten sam fundusz (semantyka ale niestety o bardzo istotnym znaczeniu). Jaki jest tego skutek – otóż w praktyce inwestor opłaca w ten sposób dwa „koszty zarządzania", najpierw dla ubezpieczyciela (trudno nawet tutaj powiedzieć na czym to zarządzanie ma polegać), a potem na rzecz TFI (standardowe wynagrodzenie towarzystwa). Warto też pamiętać, że są towarzystwa ubezpieczeń, które w sposób w miarę otwarty komunikują ten fakt. Są też takie, które tych dwóch kosztów w ogóle nie pobierają (właściwie zawsze dotyczy to sytuacji, w której firma ubezpieczeniowa oferuje UFK, inwestujące w fundusze inwestycyjne zarządzane przez TFI, które należy do tego samego inwestora – z tej perspektywy przychód właściciela osiągany jest raz i to właściwie bez znaczenia w którym produkcie).

Kolejną kategorią kosztów obciążających inwestorów korzystających z produktów ubezpieczeniowych są - praktycznie niespotykane w funduszach inwestycyjnych - tak zwane „spready", czyli różnice pomiędzy ceną zbycia a ceną odkupienia jednostek ubezpieczeniowego funduszu kapitałowego. Oznacza to, że za składkę inwestowaną do funduszu kupujemy jednostki za wyższą cenę, niż w przypadku realizacji wypłaty, kiedy za te same jednostki zakład ubezpieczeń płaci niższą cenę (trochę to przypomina kurs walutowy w kantorze, jeżeli chcemy sprzedać walutę otrzymujemy mniej złotówek, niż musielibyśmy za tą samą liczbę waluty zapłacić).

Podsumowując, podstawowym wnioskiem płynącym z powyższego jest to, że w przypadku porównywania ofert ubezpieczycieli i towarzystw funduszy inwestycyjnych należy zwrócić szczególną uwagę na całkowite koszty obciążające zainwestowane środki a nie skupiać się jedynie na porównywaniu tych kosztów, czy co gorsza porównywaniu wyników UFK z wynikami funduszy. Warto przeprowadzić porównanie obu produktów w formie sporządzenia symulowanego planu wypłat w różnych perspektywach czasowych, przy założeniu takiej samej stopy zwrotu oraz uwzględnieniu wszystkich kosztów i dopiero po przeprowadzeniu takiej analizy podjąć decyzję o wyborze konkretnego produktu.

Aby nie być posądzonym o jednostronność to na koniec dodam, że obraz TFI również daleki jest od doskonałości. Pobieranie podwójnych opłat i ich jedynie częściowe ujawnianie (w tzw. funduszach funduszy), formułowanie strategii inwestycyjnych oraz założeń polityki inwestycyjnej, które pozwalają w praktyce na kupowanie wszystkiego, poczynając od krótkoterminowych papierów skarbowych, a na kopalniach złota kończąc (to oczywiście przenośna) wcale nie należą do rzadkości.

Co więc może stanowić remedium na te „choroby". No cóż, nawet część liberałów sądzi obecnie, że takim lekarstwem może być bardziej precyzyjne prawo i wymogi stawiane produktom inwestycyjnym. W tym zakresie warto posłużyć się prostym dowodem – otóż kontrola i precyzyjne wymagania prawne powinny spowodować wzrost zaufania inwestorów do produktów inwestycyjnych (tak się dzieje w wielu krajach na świecie). W efekcie wszystkim łatwiej będzie sprzedawać te produkty inwestorom. W konsekwencji instytucje finansowe pozyskają dodatkowe środki, dzięki czemu będą mogły obniżyć swoje koszty, sprzedawcy więcej sprzedawać, a więc w efekcie nawet zwiększyć wartość swoich prowizji, a inwestorzy w końcu nie będą musieli korzystać z usług „lekarzy okulistów", aby przeczytać i zrozumieć dwanaście stron tekstu napisanych „maczkiem". Idealny świat? Oczywiście, ale warto mieć jednak wielkie marzenia.

Zawsze doceniałem skuteczność działania firm ubezpieczeniowych w obszarze tzw. „produktów emerytalnych". Może to właśnie dzięki ich działaniom (choć oczywiście z bardzo zamierzchłej przeszłości) do terminologii emerytalnej wprowadzono termin „ubezpieczenia społeczne", który używany bywa również powszechnie w sferze emerytalnej – tak, jakby nowoczesne emerytury (w większości o charakterze tzw. defined contribution, czyli czysto inwestycyjnych produktów) miały wiele wspólnego z ubezpieczeniami. W efekcie, szczególnie w przeszłości kiedy ktoś z nas zamierzał rozpocząć oszczędzanie „emerytalne" pierwszą jego myślą było skontaktować się z firmą ubezpieczeniową i wykupić „polisę emerytalną". W rzeczywistości, jedynie na początku lat 90-tych inwestycyjne produkty ubezpieczeniowe rzeczywiście mogły być utożsamiane z ubezpieczeniami (mam tutaj na myśli tzw. polisy na życie i dożycie). Bowiem już mniej więcej w drugiej połowie lat 90-tych polisy tego typu zostały wyparte przez umowy z ubezpieczeniowym funduszem kapitałowym (ufk), a ten produkt jest już właściwie czysto inwestycyjnym rozwiązaniem. Mimo to wciąż wielu z nas kiedy myśli o zabezpieczeniu własnej emerytury niejako automatycznie kojarzy to zabezpieczenie z umową ubezpieczenia.

Pozostało 91% artykułu
Materiał Partnera
Zainwestuj w przyszłość – bez podatku
Materiał Partnera
Tak możesz zadbać o swoją przyszłość
Emerytura
Wypłata pieniędzy z PPK po 2 latach oszczędzania. Ile zwrotu dostaniemy
Emerytura
Autozapis PPK 2023. Rezygnacja to dobry pomysł? Eksperci odpowiadają
Materiał Promocyjny
Jakie są główne zalety systemów do zarządzania zasobami ludzkimi?
Emerytura
Emeryci ograniczają wydatki. Mają jednak problemy z długami
Emerytura
Emeryci zadłużeni średnio na 12,5 tys. zł. Jak poprawić portfel seniora