Fikcyjne sprzedaże niszczą rynek

Adobe Stock

Po reżyserowanych licytacjach podawane są nieprawdziwe ceny.

Co pewien czas krajowy rynek sztuki obiega sensacyjna plotka, że licytacja jakiegoś dzieła była reżyserowana, a podana rekordowa cena jest nieprawdziwa. Nieuczciwy proceder trwa od lat. Dotyczy tylko niektórych antykwariuszy.

Lipne ceny wprowadzają w błąd inwestorów, kolekcjonerów, wszystkich konsumentów sztuki, zwłaszcza rynkowych debiutantów. Reżyserowane licytacje powodują, że banki nie dają pożyczek pod zastaw dzieł sztuki, ponieważ nie są w stanie zweryfikować cen.

Na świecie ograniczono takie praktyki. Wprowadzono protokoły sporządzane po aukcji. Spisuje je urzędnik państwowy, osoba zaufania publicznego. Od cen podanych w protokole antykwariat płaci podatki.

U nas nierzadko istnieje przepaść pomiędzy rekordowymi cenami podawanymi mediom a faktycznymi cenami sprzedaży, od których opłacany jest podatek. Służby finansowe nie zainteresowały się jak dotąd tym fenomenem.

Może warto u nas wprowadzić protokoły? Z analiz prawnych wynika, że nie wymaga to specjalnych kosztów ani rewolucyjnych zmian w prawie.

Fikcyjne ceny nie występują na rynku grafiki i plakatów. źródło: Lamus Antykwariaty Warszawskie

Naukowcy potwierdzają istnienie patologii

Afera dotycząca lipnych cen wybuchła w 2000 roku. Wtedy Jerzy Stelmach, profesor prawa i wybitny kolekcjoner, we wrześniowej „Gazecie Antykwarycznej” dowodził, że reżyserowane aukcje to wielkie zagrożenie na polskim rynku. Aby nagłośnić problem, przeprowadziłem wywiad o reżyserowanych aukcjach z dr. Jerzym Huczkowskim, prezesem Stowarzyszenia Antykwariuszy Polskich („Rzeczpospolita”, 29 września 2000). Huczkowski potwierdził istnienie finansowej patologii.

Po co organizowane są fikcyjne licytacje? Zanim weszła w życie ustawa zapobiegająca praniu brudnych pieniędzy, to na rynku sztuki niektórzy prali pieniądze niewiadomego pochodzenia. Po wprowadzeniu ustawy, fikcyjne rekordy podawane po aukcjach stwarzają wrażenie olbrzymiego popytu, kreują nowy towar i nową skalę cen. Wizerunkowo zyskuje na tym sprzedawca, bo dzięki lipnym rekordom stwarza wrażenie, że on potrafi sprzedawać skutecznie. Po latach w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” profesor Jerzy Stelmach uzasadniał, że proceder trwa nadal („Agencja ratingowa dla rynku sztuki”, 12 stycznia 2012 rok). Problem znany jest od lat z wielu prasowych, rozproszonych publikacji. O fikcyjnych cenach pisał np. historyk sztuki prof. Andrzej Ryszkiewicz.

W „Parkiecie” (23-26 grudnia 2016 r.) ujawniłem, że antykwariusz Iksiński postanowił wnieść pozew o zniesławienie przeciwko antykwariuszowi Igrekowskiemu. Igrekowski plotkował, że Iksiński wyreżyserował rekordową licytację dzieła Władysława Hasiora. Plotka ta godziła w dobre imię Iksińskiego.

Gdyby były urzędowe protokoły, to plotki nie podrywałyby zaufania do rynku. Każdy mógłby sprawdzić wiarygodną, ostateczną cenę sprzedaży pracy Hasiora. Do procesu o zniesławienie nie doszło, a szkoda! Obserwatorzy rynku, na podstawie mojego opisu w „Parkiecie” identyfikowali dwóch prominentnych uczestników konfliktu.

Piszę o problemie fikcyjnych cen, ponieważ są one przedmiotem częstych rozmów w branży. Plotki niszczą rynek. Temat jest stale aktualny. Ostatnio antykwariuszka wobec przygodnych osób zakwestionowała rekordową sprzedaż dzieła Stanisława Wyspiańskiego.

Warunek inwestowania

Kolekcjonerzy głosują za wprowadzeniem narzędzia prawno-logistycznego pozwalającego na sprawdzanie notowań aukcyjnych. Za takim rozważnym cywilizowaniem rynku opowiada się na przykład ekonomista i kolekcjoner, prof. Andrzej K. Koźmiński:

– Wiarygodne ceny są warunkiem skutecznego inwestowania. Warto zatem wprowadzać sprawdzone w świecie rozwiązania. Na światowym rynku sztuki też zdarzają się nieuczciwe praktyki, ale tam generalnie jest wyższa kultura prawna. Klienci są bardziej świadomi istnienia różnych gier rynkowych – mówi prof. Koźmiński.

Niektórzy antykwariusze przeciwni są protokołom. Używają pokrętnych argumentów. Ich zdaniem wizyty urzędnika państwowego po aukcjach (w innych krajach jest to zwykle notariusz) zwiększą koszty własne domów aukcyjnych. Doprowadzi je to do upadku.

Argument powyższy nie przekonuje. Przecież protokoły mogliby spisywać urzędnicy resortu finansów, nie wpływałoby to na koszty antykwariatów. Inni antykwariusze w nieoficjalnych rozmowach protestują przeciwko protokołom. Uważają, że restrykcje prawne nie rozwiążą problemu. Wystarczy podnosić etykę zawodową antykwariuszy.

Problem fikcyjnych licytacji i cen stanowi branżowe tabu. Antykwariusze nie chcą oficjalnie o tym mówić. Niektórzy od lat na własną rękę szukają sposobu, jak sprawdzać wiarygodność cen po aukcjach? Na razie źródłem informacji są sami sprzedający oraz plotkarze, niekiedy zawistni i nieżyczliwi dla konkurencji.

Zawistni plotkarze szkodzą konkurencji

Faktem jest, że zasygnalizowane tu problemy dotyczą głównie rynku obrazów. Nie dotyczą np. rynku bibliofilskiego. Tam na stacjonarnych aukcjach od lat licytują znane osoby – kolekcjonerzy, którzy powiększają swoje zbiory.

Fikcyjne licytacje są marginesem na aukcjach numizmatów. To jest masowy (!) rynek. Na przykład Warszawskie Centrum Numizmatyczne (www.wcn.pl) ma ok. 8 tysięcy stałych klientów, którzy często kupują obiekty w cenie od 100 zł do ok. 1,5 tys. zł.

Oprócz stacjonarnych odbywają się cotygodniowe aukcje internetowe. Licytowanych jest ok. 400 obiektów. W aukcjach bierze udział ok. 400–500 osób. Średnie ceny to ok. 250–400 zł za przedmiot. Nie są to zakupy rujnujące dla domowego budżetu.

Mówimy oczywiście o numizmatach o wartości symbolicznej, których cena nie zależy od notowań kruszcu. Monety czysto lokacyjne sprzedawane są masowo na co dzień. Ich cena zależy od oficjalnych komunikatów dotyczących cen np. złota.

Tagi:

Mogą Ci się również spodobać

EnveloBank wystartował z ofertą

Wyróżnikiem nowego banku ma być mobilność i kompleksowe zarządzanie płatnościami. W końcu września na ...

Bibliofilska gratka na aukcji w Sotheby’s w Paryżu

Ponad pół milion euro zapłacił nowy właściciel egzemplarza pierwszego wydania „W stronę Swana” autorstwa ...

Domowy skarbiec lepszy niż lokata w banku

Większość monet kolekcjonerskich zyskuje na wartości przynajmniej 5–10 proc. rocznie Cenne numizmaty to nie ...