Wyproszenie polskiego ambasadora w Tel Awiwie i odwołanie na konsultacje do kraju szefa własnej misji w Warszawie oznaczają najgłębszy kryzys w relacjach od ich wznowienia po odzyskaniu przez Polskę niepodległości. W dodatku ciskający gromy na Polskę Jair Lapid jest kimś więcej niż szefem MSZ, to lider koalicji rządzącej Izraelem, któremu za półtora roku przypadnie fotel premiera.

W oczywisty sposób reakcja Lapida jest przesadzona, obliczona na wewnętrzny polityczny użytek. W dodatku jest niesprawiedliwa. Twierdzenie, że nowelizacja kodeksu postępowania administracyjnego (kpa) jest antysemickim i niemoralnym prawem, jest skandalem. W trakcie II wojny światowej i po niej majątki tracili obywatele polscy różnego pochodzenia, ziemianie i fabrykanci, Żydzi, Niemcy czy Ukraińcy. Dostrzeganie wyłącznie aspektu majątku ofiar Holokaustu, nie zaś pozostałych grup, których majątki padły ofiarą nazizmu i komunizmu, tak jak i bezpodstawne miotanie obelgi antysemityzmu, jest ze strony Lapida niemoralne i relatywizuje historię. I pokazuje, że tu nie chodzi o jakąkolwiek próbę rozwiązania konfliktu, jaki się pojawił, ale o chęć zrobienia karczemnej awantury. W dodatku ustawa – która wszak budzi spory również w Polsce, protestują bowiem właśnie środowiska ziemiańskie – została przyjęta głosami nie tylko PiS, ale też wielu posłów opozycji. Trudno więc akurat ten przepis uznawać za przejaw zbrodni partii rządzącej nad Wisłą.

Ale polska strona nie może uznać, że nic się nie stało, że padliśmy ofiarą niesprawiedliwego ataku. Ostrość reakcji Izraela jest rewersem polskiej polityki zagranicznej i pozycji naszego kraju. Lapid pluje na Polskę, ponieważ uznał, że nic go to nie będzie kosztować. Gra z Polską brutalnie, ponieważ może sobie na to pozwolić. Wykorzystał w dodatku sytuację, jaką dało uchwalenie tzw. lex TVN, by stwierdzić, że Polska jest krajem niedemokratycznym i nieliberalnym.

Trudno nie dostrzec, że nasz kraj nie ma obecnie najlepszej prasy na świecie. Depesze o Polsce pojawiają się w kontekście kolejnych odsłon sporu o sądownictwo, w ostatnim tygodniu zaś wiele pisano na temat przyjęcia przez polski Sejm ustawy uderzającej w największą niezależną od rządu telewizję, co skwapliwie odnotowały najważniejsze agencje informacyjne świata.

Propagandziści PiS podkreślają dziś, że Polska jest suwerennym państwem i nie musi z nikim konsultować uchwalanych przez Sejm przepisów. Dowodzi to niezrozumienia sytuacji. Oczywiście ostateczną decyzję o obowiązującym w Polsce prawie podejmuje polski parlament, ale suwerenność nie polega na tym, by strzelać sobie w kolano. Jeśli przyjmowane prawo może mieć szerokie konsekwencje, obejmujące choćby obywateli innych państw, czyli np. żyjących w USA czy Izraelu potomków polskich Żydów, sprawna dyplomacja przeprowadza proces konsultacyjny, uprzedzając zarówno krajowych polityków o tym, jakie konsekwencje mogą mieć planowane zmiany przepisów, i przedstawiając polskie racje naszym partnerom. Dyplomację publiczną i zakulisową prowadzi się właśnie po to, by zawczasu rozbroić rozmaite miny i obniżyć cenę, którą trzeba będzie zapłacić za realizację własnych pomysłów. Uprawianie takiej dyplomacji w niczym nie uszczupla suwerenności, wręcz przeciwnie, może ją tylko wzmocnić.

Pech chciał, że na swoją placówkę do Tel Awiwu nie może wrócić jeden z najlepszych ambasadorów, jakimi dysponuje dobra zmiana. Będzie więc – jeśli to w ogóle możliwe – wyłącznie gorzej.