Niedawno było głośno o dwóch polskich alpinistach, którzy wybrali się w listopadzie na najwyższy szczyt Niemiec, Zugspitze. Pogoda się zepsuła, do tego w drodze powrotnej jeden z nich doznał kontuzji nogi i panowie zadzwonili po pomoc.

Kiedy ratownicy dotarli na miejsce, okazało się, że jest tam tylko jeden alpinista. Jak się okazało, jego kolega uciekł, gdyż przypomniał sobie, że nie ma polisy, i musiałby zapłacić za akcję ratunkową. Ratownicy zabezpieczyli poszkodowanego i ruszyli na poszukiwania drugiego turysty, dla którego samotna wycieczka (ucieczka?) po grani szczytowej w brzydki listopadowy dzień mogłaby się zakończyć tragicznie. Po sprawnym pościgu ratownicy go złapali, ale wspinacz dał sobie pomóc dopiero wtedy, gdy ratownicy obiecali, że nie każą mu za to płacić.

Czytaj więcej

Narty we Włoszech? Za brak ubezpieczenia stracisz skipass i dostaniesz karę

Gdyby alpinista (czy raczej turysta) miał ubezpieczenie kosztów poszukiwania i ratownictwa, to oszczędziłby sobie kompromitacji i nerwów, a ratownikom dodatkowego biegania po górach.

Nie jest to odosobniony przypadek. Polscy turyści, przyzwyczajeni do tego, że w Polsce GOPR i TOPR udzielają pomocy nieodpłatnie (czytaj: na koszt społeczeństwa), a opiekę zdrowotną w państwach UE zapewnia karta EKUZ, często rezygnują z polisy turystycznej czy sportowej obejmującej takie elementy jak OC, assistance czy właśnie poszukiwanie i ratownictwo.

Mało tego, nawet turyści wędrujący po polskich górach mogą przypadkiem zawędrować lub spaść na słowacką czy czeską stronę granicy, narażając się przy okazji na wydatki. Kilka lat temu słowacki odpowiednik naszego GOPR, Horska Sluzba, wystawił polskiemu turyście rachunek za akcję ratunkową na kwotę 15 tys. zł. Pechowiec nie miał ubezpieczenia turystycznego, gdyż w ogóle nie planował opuszczania Polski. Wszedł jednak na Rysy, które są szczytem granicznym, tam poślizgnął się i spadł na słowacką stronę. Przez kilkanaście godzin poszukiwało go wielu ratowników.

W podobnych tarapatach znalazł się turysta, który spadł z Czerwonych Wierchów na słowacką stronę. Podobnie jak niedawno alpiniści na Zugspitze także salwował się ucieczką przed ratownikami, których sam wezwał na pomoc.

Nieduży wydatek, przydatna ochrona

Przed płaceniem w razie takich zdarzeń uchroni ubezpieczenie kosztów poszukiwania i ratownictwa. Gdy kupujemy polisę turystyczną przed wyjazdem za granicę, takie ubezpieczenie często jest jej elementem. Warto się o tym upewnić, szczególnie jeśli planujemy wycieczki górskie, trekking czy uprawianie sportów. O tym, że taka polisa może się przydać, gdy spędzamy wakacje w Polsce, mało kto myśli.

Nawet jeśli pomoc medyczna udzielana w nagłych wypadkach jest nieodpłatna albo objęta Europejską Kartą Ubezpieczenia Zdrowotnego, to i tak pozostaje jeszcze „techniczna" strona akcji ratowniczej; na miejsce zdarzenia przybywają przecież ratownicy, poszukują poszkodowanego i przewożą go z użyciem helikoptera czy samochodu.

Autopromocja
Subskrybuj nielimitowany dostęp do wiedzy

Unikalna oferta

Tylko 5,90 zł/miesiąc


WYBIERAM

Polisa zapewnia zwrot kosztów działań służb ratowniczych podjętych w celu zlokalizowania poszkodowanego, udzielenia mu doraźnej pomocy na miejscu wypadku oraz transportu do najbliższego szpitala.

W Polsce też się przyda ochrona

Ubezpieczenie kosztów poszukiwania i ratownictwa przyda się nie tylko w czasie wyjazdów zagranicznych, ale i w czasie wędrówek po Tatrach, Bieszczadach, Beskidach czy Sudetach w pobliżu granicy ze Słowacją i z Czechami oraz oczywiście w czasie wyjazdów narciarskich. Czasem wystarczy mgła, załamanie pogody albo nawet zwykłe zgubienie szlaku, żeby znaleźć się po drugiej stronie granicy, gdzie w razie potrzeby pomoc otrzymamy, ale razem z nią rachunek na kwotę, która często jest niemała.

Szlaków górskich przebiegających granicą Polski i Słowacji oraz Czech jest sporo. Granicę bez problemu można przekraczać wszędzie tam, gdzie spotykają się szlaki prowadzące z sąsiadujących krajów, do tego łatwo jest zgubić szlak i pójść w niewłaściwą stronę, zwłaszcza że o tej porze roku pogoda bywa różna, a zmrok zapada wcześnie. Największe ryzyko jest w Tatrach. Nawet wjechanie kolejką linową na Kasprowy Wierch może się zakończyć przypadkowym zejściem na Słowację, jeśli na szczycie pomylimy drogi.

Koszty pomocy ratowników sięgają nawet kilkudziesięciu tysięcy złotych. W prostszych sprawach, gdy nie ma potrzeby korzystania ze śmigłowca, wydatki zwykle zamkną się w kilku tysiącach złotych. Gorzej, jeśli konieczny będzie przelot helikopterem, wtedy rachunek będzie pięciocyfrowy. Tymczasem polisa turystyczna na kilka dni, obejmująca koszty poszukiwania i ratownictwa, to wydatek kilkudziesięciu złotych, więcej tylko wtedy, jeśli planujemy uprawiać niebezpieczne sporty.