W wakacje do budżetu podchodzimy na większym luzie niż podczas całego roku, ale w czasach inflacji luz nie może być duży. Proponujemy sposoby pozwalające nie wydrenować nadmiernie kieszeni, ale i... nie głodować.

Rezerwacja

Porównajmy opcję ze śniadaniem i bez. Różnica pozwoli zorientować się, czy za tę kwotę zjemy na mieście. Śniadanie zazwyczaj jest wliczone w cenę w hotelach 4- bądź 5-gwiazdkowych, nie znaczy to jednak, że nie ma takiej opcji w tańszych kwaterach. Czasami „śniadanie kontynentalne”, które we Francji zawsze będzie skromne, w innych krajach okazuje się szczodrym bufetem.

Najtaniej wyjdzie zatrzymanie się w pokoju z dostępem do kuchenki. Dużymi udogodnieniami są czajnik, który pozwoli w pokoju zrobić kawę czy herbatę i maleńka lodówka. To rozwiąże problem śniadań i ewentualnie kolacji, a zakupy zrobimy w lokalnym spożywczaku bądź supermarkecie. W Polsce zawsze gdzieś blisko są Biedronka, Lidl, Polo, Żabka. Za granicą znajdziemy ich odpowiedniki.

Czytaj więcej

Jak najtaniej wyjechać na wakacje i nie zbankrutować

Woda kluczowa, bo lato

Rozsądnym wyjściem jest zabranie ze sobą z domu butelki, którą podczas urlopu będziemy mogli wielokrotnie napełnić – od lotnisk i dworców kolejowych do popularnych miejsc turystycznych, gdzie warto rozejrzeć się za źródełkiem. To jest najtańsza woda, bo nie kosztuje nic.

Najdroższa jest ta, którą weźmiemy z hotelowej lodówki. Ceny małej butelki potrafią sięgać kilkunastu euro. Drogo jest także w sklepach z pamiątkami i na lotniskach, chociaż w większości krajów UE półitrową butelkę można kupić za euro lub jego równowartość. W krajach, gdzie dostęp do wody pitnej jest utrudniony, a „kranówa” nie nadaje się do picia bez przegotowania, kupujmy wodę w supermarketach.

W podróży

Weźmy z domu kanapki. Tylko osoby rozrzutne bądź zdesperowane jedzą na lotniskach i dworcach kolejowych. Wtedy obojętne, czy jest to kanapka, fast food czy pełen posiłek, zawsze będzie drożej niż na mieście, nawet jeśli jemy w sieciówce. Kanapka na hiszpańskim lotnisku kosztuje powyżej 15 euro, tyle samo we Francji i w Niemczech. To znacznie drożej, niż gdybyśmy taką samą albo i lepszą zrobili sobie w domu czy w hotelu z „surowców” spożywczych kupionych w niedrogim sklepie.

Zawsze dobrze jest mieć: kilka zdrowych batoników, torebkę suszonych owoców, orzechy (jeśli nie jesteśmy na nie uczuleni). O jednym trzeba pamiętać: do bagażu podręcznego nie można pakować płynów. Jeśli mamy torebkę musu owocowego, nie przejdzie ona kontroli bezpieczeństwa.

Jeśli jedziemy samochodem, kanapki i przekąski także się sprawdzają. Ale ponieważ kierowca musi wypocząć, więc co jakiś czas i tak trzeba się zatrzymać. Niestety, powoli mijają czasy, kiedy przy drodze można było naprawdę dobrze zjeść, a w Polsce trafiały się kulinarne perełki. Teraz najczęściej trafiamy na typowy fast food. Dobrą wskazówką, że zjemy nieźle i niedrogo są zaparkowane TIR-y. To sygnał, że warto tutaj stanąć.

Autopromocja
Specjalna oferta letnia

Pełen dostęp do treści "Rzeczpospolitej" za 5,90 zł/miesiąc

KUP TERAZ

Czytaj więcej

Sprawdź biuro podróży zanim kupisz wycieczkę

Po przyjeździe

Zanim się rozpakujemy, zlokalizujmy najbliższy sklep z żywnością. Zróbmy kalkulację ile i czego nam potrzeba i pójdźmy na zakupy, które będą wyglądały inaczej, jeśli mamy dostęp do kuchni, niż wówczas, gdy jesteśmy skazani na żywienie się na mieście. Zaopatrzmy się w napoje, przekąski i owoce, które łatwo jest obrać i nie psują się szybko.

Ale przecież nie jedziemy na wakacje po to, żeby jeść wyłącznie w pokoju. Warto więc zaplanować kiedy i gdzie będziemy jeść. Podczas wakacji wstajemy później, niż gdy idziemy do pracy, więc i śniadanie jemy później. Dlatego jedzenie obiadu wczesnym popołudniem nie jest rozsądnym wyjściem. Zjedzmy ten posiłek później, i to większy, tak aby kolacja, która zazwyczaj kosztuje drożej niż obiad czy lunch, była już lekka. A lekki głód, jaki poczujemy w połowie dnia, łatwo jest zaspokoić jakąś przekąską.

Gdzie szukać tańszych restauracji

Restauracje na deptakach, w centrach turystycznych, z pięknym widokiem są najdroższe. Ich właściciele płacą wyższy podatek za nieruchomość i przenoszą go na klientów. Dlatego przyjazne dla naszej kieszeni będzie przejście kilku ulic i znalezienie restauracji, gdzie jedzą miejscowi. Warto jest też spojrzeć, co jedzą. Jeśli nie znamy języka, można pokazać palcem, co nam się podoba na talerzu sąsiada. Zazwyczaj się sprawdza i nikt nie ma za złe takiego zachowania. W takich knajpkach zazwyczaj jest menu niemal domowe, a przecież i po to są wakacje, żeby poznać lokalne smaki. Za posiłek złożony z owoców morza (zawsze drogie) z sałatą dla trzech osób z butelką wina, piwem i kawą w Las Palmas kilka tygodni temu zapłaciłam po 17 euro od osoby, i w tym już był godziwy napiwek. Godziwy, bo właściciel bardzo nas zapraszał do powrotu. Restauracja była rodzinna, miejsce wskazał nam właściciel pobliskiego sklepu z owocami.

Szukając fajnego miejsca, warto zainteresować się nie tylko restauracjami, ale i kawiarniami, które często mają naprawdę ciekawe menu, a ceny są niższe. Dobrą opcją są food trucki, uliczne jadłodajnie, gdzie jedzenie jest z zasady tańsze niż w restauracjach czy barach. Jak wybrać? Stanąć tam, gdzie stoją miejscowi.

Pułapki

Restauratorzy lubią wabić klientów zestawami obiadowymi/kolacyjnymi. Cena wtedy wydaje się do zaakceptowania, ale często okazuje się, że porcje są małe i trzydaniowym obiadem nie najemy się tak jak wówczas, gdy zamówimy jedno danie. Druga pułapka to stawiane na stole, często bez pytania o zgodę i nie zawsze darmowe czekadełka. Kiedy kelner je podaje, trzeba pytać, czy są wliczane w rachunek. W Portugalii czy Hiszpanii najczęściej jest to chleb i ser albo chleb i oliwa i taki dodatek kosztuje 2–3 euro za osobę. To taniej niż przystawka, ale... Trzeba po prostu powiedzieć, że nie chcemy czekadełka i nie ma się czego wstydzić.

Nie pozwalajmy małym dzieciom, aby same wybierały dania, bo zawsze zamówią za dużo. Najczęściej rozgrzebią to, co same zamówiły, a zjedzą to, co im się spodoba na talerzu rodziców.

W podróżach z dziećmi nie planujmy posiłków w parkach rozrywki, bo tam najdrożej. Do niektórych nie wolno wnosić własnego jedzenia. Dlatego warto sprawdzić przy kupowaniu biletu, czy jest opcja z kuponami restauracyjnymi. Wyjdzie znacznie taniej, niż gdybyśmy zamawiali z menu.

Czytaj więcej

Gdzie i kiedy wymienić złotówki na inną walutę, żeby nie żałować

Szczęśliwe godziny i gotowanie

W kurortach są restauracje i bary, w których mamy happy hours – za cenę jednej porcji dostaniemy dwie i dotyczy to nie tylko drinków, ale i potraw. W lokalnych małych sklepikach, w piekarniach pod koniec dnia zazwyczaj zostają pojedyncze sztuki pieczywa, pizzy, ciastek, które następnego dnia nie będą nadawały się do jedzenia, więc sprzedają je za pół ceny. W Japonii w Seven Eleven pod wieczór sushi można kupić za jedną trzecią ceny.

Pomysłem na dobre jedzenie po rozsądnych cenach jest zapisanie się na lekcję gotowania lokalnych potraw. Zawsze można je znaleźć i to nie tylko w europejskich kurortach. Nauczymy się czegoś i najemy do syta. W Bangkoku taka przyjemność kosztuje 20–25 dol. od osoby, posiłek jest kilkudaniowy, a wyjdziemy z niego nie tylko najedzeni, ale bogatsi o przepisy i wiedzę, jak przygotować to, co najbardziej nam smakowało.

Pieniądze

Na koniec o pieniądzach. Przed wyjazdem sprawdźmy, jaka jest prowizja naszego banku, gdy płacimy w obcych walutach. Czasami lepszym wyjściem jest wypłacić gotówkę z bankomatu i tak regulować niewielkie wydatki, w tym za jedzenie. Dzięki temu prowizję płacimy tylko raz, a nie za każdym rachunkiem. Pamiętajmy, że małe sklepy i kawiarnie nie tylko w Polsce, ale i za granicą często nie akceptują kart kredytowych.