Nie warto za wszelką cenę sprzedawać akcji w maju

Znane giełdowe powiedzenie sugeruje sprzedaż portfela akcji w maju i powrót na rynek dopiero po wakacjach, a dokładniej w październiku. Problem w tym, że w kilkunastu latach w tym czasie zdecydowanie łatwiej było o zyski.

Publikacja: 10.05.2018 15:54

Nie warto za wszelką cenę sprzedawać akcji w maju

Foto: Bloomberg

Łatwiej o zarobek niż stratę

Interpretując zasadę „sell in May and go away” w sposób dosłowny, powinniśmy w maju akcje sprzedać i odkupić je po wakacjach, ponieważ powinny być one wówczas tańsze. W ciągu ostatnich kilkunastu lat na GPW ta zasada raczej jednak nie działała – od maja do października zdecydowanie łatwiej było bowiem na naszej giełdzie o zyski niż o straty. W ciągu ostatnich 15 lat zaledwie trzykrotnie (w latach 2008, 2011 i 2015) w ciągu półrocznego okresu obejmującego wakacje indeks WIG znalazł się pod kreską.

Ostatnie lata wyraźnie pokazują, że zasada „sell in May…” może się okazać zawodna, jeśli nie weźmiemy pod uwagę koniunktury panującej na rynku. W ubiegłym roku wyjście z rynku w maju nie było dobrym posunięciem, bo od maja do października WIG zyskał ponad 5 proc. Warto jednak zauważyć, że koniunktura sprzyjała posiadaczom akcji przez cały poprzedni rok. Indeks szerokiego rynku zyskał ponad 23 proc. Solidny zarobek w okresie letnich miesięcy przyniósł 2013 rok, gdy WIG poszybował o ponad 21 proc. Jeszcze więcej można było zarobić na akcjach w 2009 roku, gdy w analogicznym okresie szeroki indeks warszawskiego parkietu zyskał ponad 30 proc. Wówczas mieliśmy do czynienia z pierwszą fazą hossy, gdy rynek odreagowywał po załamaniu cen w 2008 r. Z wypracowaniem zysków nie było też większych problemów w trakcie pamiętnej funduszowej hossy z lat 2003–2007. Wówczas co roku WIG był na plusie, przy czym lata 2003 i 2005 przyniosły kilkudziesięcioprocentowe zwyżki.

Z danych jasno więc wynika, że nie opłaca się pozbywać akcji w maju, jeśli trwa hossa. Zupełnie odwrotnie należało postąpić w przypadku okresów dekoniunktury giełdowej. Sprzedaż akcji w maju i przebywanie poza rynkiem do jesieni pozwalało uniknąć sporych strat, co sprawdziło się w czasie rynkowej dekoniunktury w 2015 r., którą wywołały duże zmiany na krajowej scenie politycznej, a także podczas bessy w 2008 r. oraz w latach 2000–2002.

Odbicie na horyzoncie

W zasadzie „sprzedaj w maju i wróć po wakacjach” jest jednak sporo prawdy, gdy nie będziemy jej brać dosłownie, lecz jako wskazówkę, że półrocze wakacyjne (od maja do października) jest na giełdzie statystycznie słabsze – ale niekoniecznie stratne – od zimowego (od listopada do kwietnia). Widać to dobrze, jeśli porównamy oba te okresy . O ile średnia stopa zwrotu WIG w latach 2001–2017 w okresie od maja do października wyniosła przeciętnie zaledwie 1,5 proc. na plusie, o tyle okres listopad–kwiecień dawał już średnio 6,2 proc. zysku. – Moim zdaniem powiedzenie „sell in May and go away” obarczone jest dużym błędem interpretacyjnym. Okres od maja do września charakteryzuje się bowiem zwiększoną ilością wypłat dywidend, a odcięcie prawa do dywidendy powoduje zmniejszenie cen akcji. Natomiast większość indeksów rynkowych to indeksy oparte na cenach, a nie na całkowitym zwrocie inwestora, dlatego w tym okresie trudniej jest o zwyżki wartości indeksów – zauważa Tomasz Manowiec, zarządzający funduszami w Noble Funds TFI.
W tym roku z wyjątkiem stycznia koniunktura nie była łaskawa dla inwestorów. Ostatnie miesiące przebiegały pod znakiem kontynuacji korekty spadkowej krajowych indeksów. Jaki scenariusz przewidują eksperci na kolejne miesiące? – Jeśli chodzi o bieżący rok, to GPW ma już za sobą trzy miesiące spadków, które od szczytu wynoszą kilkanaście procent. W przypadku małych spółek w trendzie spadkowym jesteśmy już od ponad roku. Ponieważ otoczenie makroekonomiczne cały czas jest bardzo silne i nie widzimy symptomów recesji na horyzoncie, to nie widzę powodu, by indeksy miały pogłębić ostatnie dołki. Wyceny są raczej na niskich poziomach, choć brakuje dynamiki zysków, które w ostatnich kwartałach przestały rosnąć. Czynnikiem, który odbieram bardzo pozytywnie dla rynku, jest wyjątkowo niski poziom nastrojów inwestorów, widocznych np. w postaci indeksu INI. Po takich odczytach w przeszłości zwykle przychodziło odreagowanie – zauważa Manowiec.

Pogłębienia korekty w najbliższych miesiącach nie spodziewa się Jerzy Nikorowski, ekspert BM BGŻ BNP Paribas. – Jesteśmy zdania, że polski rynek akcji pozostaje w trendzie wzrostowym, a ostatnie słabsze zachowanie naszej giełdy jest efektem wystąpienia średnioterminowej korekty.
Ruchy naszych indeksów są w dużej mierze odbiciem tego, co wydarzyło się na największych światowych giełdach, a nie lokalnych kłopotów – zauważa. Z punktu widzenia warszawskiej giełdy impulsem do powrotu trendu wzrostowego będzie powrót inwestorów zagranicznych. Czynniki globalne są bardzo wspierające, być może z wyjątkiem geopolityki, która może powodować w krótkim terminie większą zmienność na rynkach. Z makroekonomicznego punktu widzenia na razie trend wzrostowy na giełdach nie jest zagrożony. Co więcej, ostatnia faza hossy w ujęciu globalnym faworyzuje rynki wschodzące jako najmocniej skorelowane z koniunkturą na rynku surowcowym. Powrót apetytu na ryzyko powinien sprzyjać napływowi kapitału także na krajowy rynek – przekonuje.

Pesymistą, jeśli chodzi o najbliższe miesiące, jest Marcin Materna, szef zespołu analityków Millennium DM. – Myślę, że na wyjście z rynku bez straty może być już za późno, choć poprawy koniunktury, zwłaszcza w mniejszych podmiotach, się nie spodziewam. Otoczenie makroekonomiczne powoli jednak zaczyna się pogarszać zarówno w kraju, jak i za granicą, co może być powodem, że powiedzenie się sprawdzi. Generalnie z początkiem roku nowe strategie są dość optymistyczne, natomiast maj to moment, kiedy najczęściej nadzieje ostatecznie się rozwiewają i stąd pogorszenie na giełdach. Co więcej, wbrew powszechnej opinii nie uważam, że obecne wyceny są atrakcyjne. Liczba spółek z niskim wskaźnikiem C/Z i perspektywą na wzrost zysków jest niewielka – argumentuje.

USA: Mniejszy zysk latem

Porzekadło sugerujące pozbywanie się akcji w maju i pozostawanie przez kilka miesięcy poza rynkiem wywodzi się oczywiście z rynków rozwiniętych, które mają znacznie dłuższą historię niż nasza giełda. Istnieje tam wyraźna różnica między stopami zwrotu osiąganymi w miesiącach letnich i jesiennych a stopami w miesiącach zimowo-wiosennych.

Długoterminowa analiza amerykańskiego rynku dowodzi, że ceny akcji wiosną i latem rosną tam statystycznie dużo wolniej niż jesienią i zimą – w latach 1928–2017 średnia stopa zwrotu z indeksu S&P 500 z okresu listopad–kwiecień wyniosła około 5 proc., a maj–październik tylko 2 proc.
Dodatnie stopy zwrotu częściej indeks notował w okresie od listopada do kwietnia – prawdopodobieństwo zwyżek wynosi w tym czasie 76 proc. wobec około 67 proc. w okresie maj–październik.

Łatwiej o zarobek niż stratę

Interpretując zasadę „sell in May and go away” w sposób dosłowny, powinniśmy w maju akcje sprzedać i odkupić je po wakacjach, ponieważ powinny być one wówczas tańsze. W ciągu ostatnich kilkunastu lat na GPW ta zasada raczej jednak nie działała – od maja do października zdecydowanie łatwiej było bowiem na naszej giełdzie o zyski niż o straty. W ciągu ostatnich 15 lat zaledwie trzykrotnie (w latach 2008, 2011 i 2015) w ciągu półrocznego okresu obejmującego wakacje indeks WIG znalazł się pod kreską.

Pozostało 91% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Rynek Kapitałowy
Polskie akcje z brzydkiego kaczątka zamieniły się w pięknego łabędzia
Rynek Kapitałowy
W co inwestować w 2024 roku. Specjaliści polecają
Rynek Kapitałowy
Duże spółki z WIG20 na celowniku inwestorów. Które wybrać?
Rynek Kapitałowy
Branże z GPW, które mogą pozytywnie zaskoczyć po zmianie rządu
Rynek Kapitałowy
W Revolut moża handlować akcjami spółek z Europy od 1 euro
Materiał Promocyjny
CERT Orange Polska: internauci korzystają z naszej wiedzy