W maju Ministerstwo Finansów sprzedało obligacje oszczędnościowe o łącznej wartości 2 353 mln zł. Najchętniej kupowanymi instrumentami były papiery 4-letnie. Nabywcy indywidualni przeznaczyli na ich zakup kwotę 1.176,6 mln zł (50 proc. udział w strukturze sprzedaży). Łącznie od początku roku sprzedaż obligacji wyniosła 16 787,5 mln zł. W rekordowym 2021 r, było to 43,3 mld zł.

Tymczasem w czerwcu rząd wypuścił nowe obligacje skarbowe – roczne i dwuletnie – obiecując 5,25–5,5 proc. zysku rocznie. Jak to wpływa na rynek funduszy oraz czy na pewno jest to dobra inwestycja chroniąca nasze oszczędności przed inflacją?

– Przy takich perturbacjach na rynkach nikt odpowiedzialnie nie może powiedzieć, że istnieje coś takiego jak „bezpieczne obligacje”. Inwestowanie zawsze wiąże się z ryzykiem zmiennej wartości. Kluczem do zysków jest chłodna głowa i czas – dziś na rynkach liczy się maraton, nie sprint. No i zalecam sprawdzanie zapisów w umowach – przekonuje Radosław Jodko, ekspert ds. inwestycji RRJ Group.

Czytaj więcej

Na GPW nie widać końca spadków. Druga połowa 2022 będzie lepsza?

Na rynkach – zarówno polskim, jak i światowym – rośnie więc obawa przed stagflacją, ściśle powiązaną z recesją. Inwestorzy szukają sposobów na minimalizowanie strat. Ale i ci, którzy do tej pory nawet niewielkie oszczędności trzymali w banku, zaczynają się zastanawiać, co zrobić, żeby nie tracić na inflacji. Czy istnieje coś takiego jak „antyinflacyjna inwestycja”? Czy obligacje, o których ostatnio zrobiło się głośno za sprawą oświadczenia majątkowego premiera Mateusza Morawieckiego, to dobra lokata kapitału?

– Jeśli ktoś dziś zaczyna myśleć o tym, gdzie ulokować swoje oszczędności, a powiedzmy ma ich 10, 20 czy 50 tysięcy, radziłbym najpierw zadać sobie pytanie, czy i kiedy może tych pieniędzy potrzebować? Bo jeśli jest tak, że to jego jedyne oszczędności, to radziłbym trzymać na koncie, może na lokacie krótkoterminowej, w końcu nie wiadomo, czy nie straci pracy, albo nie będzie potrzebował na jakikolwiek niezaplanowany wydatek rodzinny – uważa Jodko.

– Jeśli jednak zakłada, że chce ulokować pieniądze z myślą o emeryturze, a nie krótkoterminowym zysku, to kwoty typu 10 czy 20 tysięcy faktycznie można by zainwestować w obligacje, tylko znów – ważne, żeby rozumieć, że każde inwestowanie wiąże się z wahaniami kursów. Warto więc myśleć o inwestowaniu w długofalowej strategii, a nie tu i teraz. W najbliższych pięciu latach będziemy raczej mieć do czynienia z sytuacją, którą trudno przewidzieć. Radziłbym więc pozbyć się myślenia o stałych zyskach krótkoterminowych, bo na dziś nie ma czegoś takiego jak „bezpieczne obligacje o niskim ryzyku”. Przy takich turbulencjach na rynku, z jakimi mamy do czynienia dziś, nie ma inwestycji o niskim ryzyku – ostrzega ekspert. Jako dowód podaje amerykańskie obligacje, które uchodzą za fundament globalnego systemu finansowego, a dziś tracą na wartości. Rentowność dziesięcioletnich urosła do poziomu najwyższego od 2011 r., przełamując trwający 40 lat trend spadkowy. – Dlatego nie warto myśleć o tym, ile dziś straciłem, tylko czekać na to, co będzie za 10 lat. Najbardziej spektakularne bankructwa na świecie w większości nie brały się z liczby, ale z emocji i paniki. Jeśli więc ktoś dziś chce zainwestować i poczekać na możliwe zyski za 10 czy 15 lat, obligacje mogą być dobrym rozwiązaniem – przekonuje Jodko.

Dodaje jednak, że w chwili obecnej kluczowe jest zadbanie o płynność finansową. – Nieważne, czy jest się osobą prywatną, czy przedsiębiorcą – płynność finansowa to dziś kluczowy element. Warto więc prześledzić swoje wydatki, kredyty, debety czy wykorzystane limity na kartach kredytowych. I najlepiej doprowadzić do sytuacji, w której z nich nie musimy korzystać. I dopiero wówczas myśleć o odkładaniu gotówki na później czy inwestowaniu nadwyżek. Płynność finansowa inwestycji uważam za kluczową dziś, a za rzadko się o niej mówi. Drastyczne zmiany na rynkach dyktują np. Równie dynamiczne zmiany w inwestycjach, co wystarczy zobaczyć na przykładzie rynku deweloperskiego – podkreśla Radosław Jodko.

A czy nowe obligacje są atrakcyjniejsze od funduszy obligacji? – Jedni powiedzą: fundusze obligacji nie mają szans w konkurencji z zyskiem obligacji kupowanych oddzielnie. Ale znając mechanizmy rynkowe, odpowiedź nie jest taka prosta, bo weźmy kilka zmiennych, choćby sytuację międzynarodową. W tej chwili popyt na polskie obligacje nie jest największy, bo w oczach globalnych inwestorów jesteśmy w kraju, u granic którego toczy się wojna. Poza tym nikt nie ma wątpliwości, że stopy procentowe będą jeszcze rosły, ale myśląc długodystansowo, w końcu zaczną spadać, a wówczas na rynku obligacji rozpocznie się czas największych promocji. Dlatego znów, wszystko zależy od czasu oszczędzania, na który się nastawiamy. W strategii, która na dziś oznacza minimalizowanie strat wywołanych inflacją, mając już nieco większą gotówkę, można zyskać także na nietypowych inwestycjach, na przykład w aktywa, którego ekonomiczna wartość dodana jest powyżej oczekiwanych przez inwestorów stopy zwrotu, również typu "value”. Niezależnie od wszystkiego, zanim ktokolwiek zachwyci się świetną inwestycją, do której namawia celebryta albo ulubiony bloger na TikToku czy You Tubie, warto przeczytać dokumenty. Sprawdzić, w co się de facto inwestuje, czego będzie się właścicielem i czy można się wycofać w dowolnym momencie oraz kto jest gwarantem tej inwestycji. Czytając dokumenty, można się często zdziwić – podsumowuje Radosław Jodko.

Autopromocja
Subskrybuj nielimitowany dostęp do wiedzy

Unikalna oferta

Tylko 5,90 zł/miesiąc


WYBIERAM