Wciąż warto stawiać na akcje zagraniczne

Bloomberg

Hossa trwa już siódmy rok, rośnie więc ryzyko zmiany trendu. Mimo to eksperci przekonują, że jeszcze nie jest za późno, żeby wskoczyć do pociągu.

Stopy zwrotu funduszy inwestycyjnych wyraźnie pokazują, gdzie warto było inwestować w ostatnich miesiącach.

Na tle akcji japońskich czy zachodnioeuropejskich polskie wypadły blado. Wyjątek: małe i średnie spółki (szczegóły na wykresach).

Lepiej nie ryzykować

Co dalej? Czy w nadchodzących miesiącach wciąż bardziej będzie się opłacało inwestować za granicą niż w kraju? Pytanie jak najbardziej zasadne, biorąc pod uwagę dwa czynniki.

Po pierwsze, klienci TFI od miesięcy coraz więcej wpłacają do funduszy akcji zagranicznych, a statystyka rynku kapitałowego pokazuje, że inwestorzy indywidualni jako ostatni zauważają panujące trendy, najczęściej w przededniu ich zmiany.

Po drugie, z sierpniowej edycji cyklicznej ankiety prowadzonej przez Bank of America Merrill Lynch wśród zarządzających funduszami na całym świecie wynika, że rynki wschodzące są teraz najbardziej nielubiane od kwietnia 2001 r. Może więc warto postawić na emerging markets, do których zaliczamy również Polskę?

– Patrząc na skale słabości rynków wschodzących i WIG20 w relacji do indeksów S&P500 (USA), Nikkei (Japonia) czy DAX, aż się prosi, żeby największego potencjału wzrostu szukać właśnie w tych najbardziej przecenionych i nielubianych miejscach – wskazuje Jarosław Niedzielewski, dyrektor inwestycyjny Investors TFI.

– Problem w tym, że – jak to zwykle bywa – znaczący potencjał jest okupiony bardzo wysokim ryzykiem. Nie inaczej jest teraz z polskimi dużymi spółkami i innymi emerging markets – zastrzega. – Trzeba mieć stalowe nerwy, żeby obstawić firmy z tych rynków kosztem amerykańskich lub europejskich spółek. Biorąc pod uwagę relację zysku do ryzyka, w dalszym ciągu obstawiałbym rynki rozwinięte, a dodatkowej wartości poszukiwałbym jedynie w wybranych miejscach i sektorach z rynków wschodzących i Polski – dodaje.

Inni eksperci, choć nieco przychylniej nastawieni do akcji polskich, też są dalecy od odwrotu od akcji gospodarek rozwiniętych.

– Polska giełda ma za sobą nerwowy okres zgotowany przedwyborczymi pomysłami polityków. Wydaje się, że duża część negatywnych informacji jest już wyceniona przez inwestorów – zwraca uwagę Radosław Sosna, strateg produktowy NN Investment Partners TFI.

Zaznacza, że nie wolno zapominać o Europie Zachodniej i Azji. – Najlepsze perspektywy mają przed sobą Japonia i Europa – w obu przypadkach wsparciem dla akcji jest luźna polityka banków centralnych (EBC i BoJ) oraz wzrost zysków spółek. Dodatkową pomocą dla japońskich indeksów jest promowanie większej przejrzystości w zakresie ładu korporacyjnego oraz dbałości o interesy akcjonariuszy – konkluduje Sosna.

Portfel na rok–dwa

Niedzielewski i Sosna radzą, aby budowany teraz, na rok–dwa, portfel inwestycyjny składał się w 30–50 proc. z funduszy akcji zagranicznych. Przede wszystkim ze strefy euro, w mniejszym stopniu również Japonii i USA.

Resztę portfela, w zależności od apetytu na ryzyko, można podzielić między fundusze obligacji korporacyjnych (uwaga: większość funduszy gotówkowych i pieniężnych dostępnych w Polsce jest portfelami obligacji korporacyjnych) oraz polskie małe i średnie spółki.

Ryzykanci, w charakterze niewielkiego „dopalacza”, mogą wybrać akcje indyjskie i tureckie jako rynki, którym niestraszne spadki cen surowców i których waluty uległy przecenie.

– O polskim szerokim rynku, a szczególnie WIG20, pomyślałbym dopiero w okolicach wyborów – przekonuje Niedzielewski.

Czujność wskazana

Decydując się na fundusze zagraniczne, trzeba koniecznie pamiętać, że w Polsce występują one pod dwiema postaciami: funduszy zarządzanych przez polskie TFI – to najczęściej fundusze inwestujące w fundusze luksemburskie, oraz „czystych” funduszy luksemburskich.

– Decydując się na te drugie, inwestor będzie musiał sam odprowadzić podatek od zysków kapitałowych. W przypadku tych pierwszych podatek Belki jest pobierany automatycznie przy wycofywaniu oszczędności z funduszu – podkreśla Daniel Ścigała z zarządu Ipopema Securities. Atutem funduszy luksemburskich są za to niższe opłaty za zarządzanie niż w funduszach zagranicznych zarządzanych z Polski.

– Kolejna bardzo ważna sprawa to ryzyko walutowe. Podjęcie go może mieć sens – utrzymywanie części portfela w walutach obcych daje większą dywersyfikację, pod warunkiem że robimy to świadomie. W przeciwnym wypadku lepiej wybrać fundusze zagraniczne zabezpieczone przed ryzykiem walutowym – dodaje Ścigała.

I ostatnia sprawa, na którą zwraca uwagę: trzeba rozumieć, w co się inwestuje. Wybierając egzotyczne rynki lub nieodstępne w Polsce klasy aktywów, łatwo o niespodzianki, również te przykre.

– Im dalej, tym trudniej trzymać rękę na pulsie. Może się okazać, że tracimy nawet wtedy, gdy nasza ogólna percepcja tego, co się dzieje na rynku kapitałowym, jest dobra – przestrzega Ścigała.

Tagi:

Mogą Ci się również spodobać

Złoto podrożało, ale dla nas nadal jest tanie

Cena kruszcu wyrażona w dolarach może rosnąć, a w naszej walucie – nie. Skąd ...

Dobre stopy zwrotu, ale jednocześnie wysokie ryzyko

Arka Prestiż Akcji Polskich to fundusz dla raczej zamożnych klientów BZ WBK TFI, gotowych ...

Atut podczas bessy w hossie okazuje się ciężarem

Minione dwa lata upłynęły dla Allianz Aktywnej Alokacji pod znakiem zmian. We wrześniu 2012 ...