Autoportrety fotograficzne i inne inspiracje

Wiki Commons

Witkacy to jeden z ulubionych artystów młodzieży wszystkich epok – twierdzi prezes Instytutu Witkacego

W tym roku obchodzimy 100-lecie polskiej awangardy. Za jej symboliczny początek przyjmuje się otwarcie Wystawy Ekspresjonistów Polskich w krakowskim Towarzystwie Przyjaciół Sztuk Pięknych – było to 4 listopada 1917 r. Wydarzenie to zapowiadało niezwykłą aktywność twórców tego nurtu, m.in. Stanisława Ignacego Witkiewicza, Władysława Strzemińskiego, Katarzyny Kobro. Co ich odróżniało od poprzednich mistrzów?

Przemysław Pawlak: Biorąc przykład z wybitnej znawczyni polskiej sztuki XX wieku, Ireny Jakimowiczowej, autorki pomnikowego katalogu dzieł malarskich S. I. Witkiewicza, dodałbym do tego zestawienia strefistę Leona Chwistka, przyjaciela z młodości, a później zagorzałego przeciwnika twórcy teorii Czystej Formy. Wszyscy ci artyści dążyli do zautonomizowania formy, jednak wbrew potocznemu rozumieniu – niekoniecznie w opozycji do treści. Postulowali uwolnienie sztuki od odwzorowywania życia, rzeczywistości doznawanej przez nas zmysłami. Strzemiński w unizmie był przeciw wszelkiej fabularyzacji, poszedł więc o krok dalej niż Witkiewicz i Chwistek. Z kolei Kobro, niesłusznie przez dekady marginalizowana, wydobywała na świat rzeźby jednorodne z nieskończoną przestrzenią, przenikające się z otoczeniem.

W opozycji do twórców epok poprzedzających ich eksperymenty, za wspólny mianownik wybrałbym precyzyjną konstrukcję, wręcz zmatematyzowaną. Artyści nie stronili od nauk ścisłych, wręcz zbudowali nowy pomost między plastyką a logiką. Choć nie byli pierwsi, bo przecież już Giorgio Vasari szydził z uzależnienia XV-wiecznego malarza Paola Uccella od geometrycznych studiów nad perspektywą.

Awangarda (w armii: precyzyjnie sformowana straż przednia) to bufor – zmniejsza ryzyko jak polisa na życie, osłania prawdziwą, większą od niej siłę. Trudno mówić o awangardowych artystach w kategoriach chronologii. To raczej broń, której ostrze wymierzone jest w grupy o odmiennym światopoglądzie. Zależnie od koniunktury politycznej, nastrojów i mód społecznych, oblicze awangardy może być metafizyczne lub racjonalistyczne, liberalne lub komunistyczne, albo jedno i drugie w tym samym czasie – by przywołać np. tworzących w latach 20. XX w. Augusta Zamoyskiego i Mieczysława Bermana czy Witkacego i André Bretona. Nie byli pierwszymi buntownikami. Ani ostatnimi.

Artyści otwarci na eksperymenty, poszukujący nowych form wypowiedzi, mieli decydujący wpływ nie tylko na współczesnych im twórców, ale także na przyszłe pokolenia. Kogo szczególnie zainspirował Witkacy, jeden z najbardziej utalentowanych i szalonych polskich artystów?

Mogę długo wyliczać, ponieważ jeden z rozdziałów bibliografii S. I. Witkiewicza za lata 1990–2017, którą opracowuję dla PIW, nosi roboczy tytuł „Kult”. Najważniejsze inspiracje w literaturze to teksty Miłosza, Trzebińskiego, Mrożka, Różewicza, Lema, Grochowiaka, Chwina. Jeśli chodzi o filmy, można wymienić „Gwiazdę Piołun” Władysława Terleckiego czy poszukiwania formalne zmarłego niedawno Grzegorza Królikiewicza. Podobnie jak Witkacy, ten wybitny reżyser był uważany za ekscentryka, przez wielu był ignorowany, a jego dzieła wywoływały tyle samo zachwytu, co oburzenia i kpiny. Firma Portretowa Witkacego znalazła wielu naśladowców (np. Hanna Bakuła, niemiecki artysta Peter Klint, Kama Kuik).

Szczególnie inspirujące okazały się autoportrety fotograficzne – serie Witkacowskich min – a także wykonany w Piotrogrodzie „Portret wielokrotny” z 1917 r., będący efektem modnej wówczas w Europie i USA metody fotografowania klientów tyłem w lustrzanych odbiciach.

Czy sztuka Witkacego inspiruje też najmłodsze pokolenie?

To chyba jeden z ulubionych artystów młodzieży wszystkich epok od czasu wyrwania go z objęć stalinowskiej cenzury w latach 50. Mam na myśli młodzież z ducha, nie z metryki. W teatrach, od czasu studenckiej prapremiery „Szewców” w reżyserii Włodzimierza Hermana we wrocławskim Kalamburze, Witkacy króluje w przedstawieniach dyplomowych, licealnych, w repertuarze offowym. Ogromną frajdę młodych z obcowania z jego sztuką widać choćby na wrześniowych konkursach „Witkacy pod strzechy” organizowanych od 20 lat przez słupski Teatr Rondo. W drugim numerze półrocznika „Witkacy!” zamieściliśmy prace dzieci, malowane na lekcji o Witkacym, a także zabawne i zaskakujące „interpretacje” kompozycji w Czystej Formie, wykonane przez 11-letnią perkusistkę Julkę Dębko.

W 2015 r. do pracy inspirowanej didaskaliami Witkiewiczowskich sztuk zaprosiliśmy malarzy profesjonalnych, absolwentów i studentów ASP, m.in. Angelikę Korzeniowską, Łukasza Leskiera, Igora Salatę, Bartka Świąteckiego, Anię Wójcik. Efekty pokazaliśmy na wystawie „Przez czwartą ścianę” w warszawskiej galerii officyna art&design i w Bałtyckiej Galerii Sztuki w Ustce. Była to bardzo udana i huczna inauguracja działań artystycznych Instytutu Witkacego, wzbogacona muzyką Marcina Steczkowskiego i Krzysztofa Miki. Młode polskie malarstwo chcemy pokazywać na okładkach „Witkacego!”. Ostatnio byli „Szewcy” Leskiera, a do nr 3 Piotr Nogaj specjalnie namalował Hiper-Robociarza.

Promujemy dzieła młodych filmowców fascynujących się twórczością autora „622 upadków Bunga”: Jakuba Gryzowskiego z Klubu Realizatorów Filmowych we Wrocławiu i Klaudiusza Wesołowskiego, który w nieco ponad minutowej animacji komputerowej „Potwory Witkacego” ożywił postaci z obrazu z początku lat 20. Myślę, że gdyby np. „Niemyte dusze” lub „Narkotyki” weszły do kanonu lektur szkolnych – czego od lat domaga się prof. Janusz Degler – młodzież miałaby ułatwioną drogę do dorobku Witkacego.

Warto upowszechniać wiedzę, że seanse narkotyczne Witkacego odbywały się pod kontrolą lekarza?

Zdecydowanie tak! Dość pomówień i bezmyślnego powtarzania legend o narkomanii, alkoholizmie i wszystkich innych grzechach oraz występkach, które Witkiewiczowi przypisywali (i przypisują) zawistni, mniej inteligentni, nie tak atrakcyjni fizycznie i intelektualnie konkurenci, a później niedouczeni publicyści i poloniści. To świetny przykład kozła ofiarnego. Z lubością i konsekwentnie obrzucano błotem człowieka, który miał mnóstwo dystansu do siebie i otoczenia, który wbrew wszelkim przeciwnościom codziennego życia, w najstraszniejszych czasem okolicznościach dziejowych potrafił rozbawić, zająć uwagę, zaciekawić, często zachwycić zarówno przyjaciół, jak i zażartych wrogów, starych i dzieci, w Warszawie i małych prowincjonalnych miastach. Czyjś talent, erudycję, pracowitość i dobre uczynki trudno przyjąć z podniesioną głową. Trzeba znaleźć w sobie trochę pokory i empatii, a to były zawsze towary deficytowe. Wiem, że pisze o tym także Kapsyda Kobro-Okołowiczowa w biografii innej ofiary Witkacowskich mitów, Jadwigi z Unrugów Witkiewiczowej, która ukaże się w 2019 r.

Jego prace ostatnio biją rekordy aukcyjne. Na przykład fotografia „Przerażenie wariata” została sprzedana na aukcji w czerwcu 2017 r. za 100 tys. zł.

Już w 1996 r. obraz olejny Witkacego „Pejzaż morski” z 1911 r. pobił rekord polskiego rynku aukcyjnego (150 tys. zł). Teraz rzeczywiście, głównie dzięki kilkudziesięcioletniej pracy edukacyjnej Stefana Okołowicza, Witkacy stał się najlepiej wycenianym polskim fotografem. Patrząc na poziom cen na świecie, można się spodziewać kolejnych rekordów w przyszłości. Na rynku antykwarycznym także króluje Awangarda, m.in. Bruno Schulz – na aukcje przybywają kolekcjonerzy z całego świata. Myślę, że Polacy dopiero zaczynają się rozkręcać.

Wracając do Firmy Portretowej… Jej „Regulamin” do dziś bawi i zadziwia przebiegłością. Wykluczona jest jakakolwiek ingerencja modela w ukończone dzieło. Jeden z punktów stanowi, że portret może być odebrany albo nie. Jeżeli nie odpowiada, klient nie powinien mówić dlaczego, tylko płaci jedną trzecią wcześniej ustalonej kwoty i dzieło zostaje w Firmie. Żadnej krytyki Firma nie przyjmuje, bo inaczej by zwariowała.

Witkacy stworzył tę Firmę w celach zarobkowych! Jako absolwent SGH uważam, że „Regulamin” to przejaw uczciwości, świetnej organizacji i szacunku dla klientów. O geniuszu artysty świadczy to, że portrety – choćby słynnego stróża – mimo ich genezy i ogromnej liczby są traktowane na równi z programowymi dziełami sztuki. To jakby egzemplarze Kodeksu handlowego w omówieniu Jana Lesmana-Brzechwy wycenić tak jak jego wspaniałe ilustracje.

W 2015 r. powstał Instytut Witkacego w Warszawie. Nie każdy wie, że Witkacy urodził się w tym mieście i mieszkał tu przez ostatnie 14 lat.

Tak, pierwsze lata dzieciństwa spędził przy ul. Hożej. Po ślubie jego miejscem – na równi z kolejnymi adresami zakopiańskimi – stało się mieszkanie żony przy Brackiej 23/42. Pod Tatry jeździł w sezonie, gdy mógł liczyć na zamówienia portretowe. Tam też odwiedzał ukochaną matkę, której musiał pomagać finansowo.

W Warszawie znajduje się najwięcej dzieł plastycznych Witkacego, choć największą udostępnianą publicznie kolekcję ma Muzeum Pomorza Środkowego w Słupsku. Warszawa – mam na myśli samorząd i Muzeum Narodowe – Witkacego nie docenia, nie interesuje się jego twórczością. Dlatego warszawiacy rzadko go rozpoznają jako krajana.

Jednym z głównych celów Instytutu jest stworzenie muzeum Witkacego w Warszawie. Skąd weźmiecie na to pieniądze?

Bardzo liczę na Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Wszak jest to najwszechstronniejszy polski filozof, publicysta, powieścio- i dramatopisarz, malarz, reżyser, fotograf, teoretyk sztuki, epistolograf, happener i wychowawca narodu, który powinien być polską marką eksportową. Nowoczesne, atrakcyjne wizualnie i interaktywne Muzeum Witkacego mogłoby przyciągać do stolicy miliony turystów, być może tych samych, którzy przemierzają tysiące kilometrów, by podziwiać Muzeum Picassa w Barcelonie, Fridy Kahlo w Meksyku czy van Gogha w Amsterdamie. Jestem przekonany, że to tylko kwestia czasu.

Co pana uwiodło w twórczości Witkacego?

Uwielbiam czytać jego sztuki teatralne. Otwieram tom dramatów na przypadkowej stronie i prawie każde zdanie okazuje się furtką do zaczarowanego świata sztuki, nauki, historii, religii najróżniejszych epok i kultur. Żeby znaleźć klucze do tych furtek, zacząłem studiować dzieje średniowiecznego teatru i orfickich misteriów, litewską etnografię i polską cybernetykę, międzywojenne spory o Chochoła i biografię zapomnianego Bernarda Mandelbauma. Ta twórczość jest kosmosem, który będzie można eksplorować jeszcze przez wiele lat. ©?

Przemysław Pawlak, doktorant w Instytucie Sztuki PAN, jeden z fundatorów i prezes zarządu Instytutu Witkacego, edytor, bibliograf, kolekcjoner, pomysłodawca i zastępca redaktora naczelnego półrocznika „Witkacy!

—rozmawiała Kama Zboralska

Mogą Ci się również spodobać

Twórcy i wydarzenia, o których było głośno

Galerie uznają ubiegły rok za udany. Były sukcesy, nawet międzynarodowe. Na polskim rynku przybywa ...

Aukcyjne niespodzianki

Pod młotek trafią obrazy z legendarnej wystawy w USA W listopadzie padł rekord: odbyło ...

„Potwór” Witkacego z szansą na nowy rekord

Przystępne ceny wystawionych prac zachęcają do ostrej licytacji. Podczas 17. aukcji z cyklu Fotografia ...