Co robić, żeby bezpiecznie kupić dzieło sztuki, czyli po prostu nie stracić pieniędzy?

Najlepiej kupować w domach aukcyjnych o ugruntowanej renomie. To wiarygodne miejsca. Na rynku aukcji jest wielka konkurencja, działa ona w sposób pozytywny: dom aukcyjny boi się wpadki. W sytuacji rażącej pomyłki może stracić zaufanie, a jego klienci pójdą do konkurencji.

Warto sprawdzić: Nawet w muzeum można kupić fałszywy obraz

Zastanawia fakt, dlaczego problemami rynku sztuki nie interesuje się Federacja Konsumentów? Jeśli dobrze pamiętam, to Krajowy Nadzór Finansowy raz ostrzegał przed możliwym zagrożeniem. Na czyją pomoc może liczyć klient?

Jak wynika z analiz portalu Artinfo.pl w 2019 roku na aukcjach na krajowym rynku sztuki obrót wyniósł 295 mln zł. To w naszych warunkach potężny rynek! Może wymienione przez pana redaktora instytucje nie interesują się rynkiem dlatego, ponieważ klienci nie proszą tych instytucji o pomoc?

Spotykamy się np. z takimi sytuacjami: oficjalnie obraz sprzedany został za rekordową cenę, faktycznie zaś zwracany jest właścicielowi. Właściciel czuje się wtedy poszkodowany, ale i bezradny. Słusznie spodziewał się zysku ze sprzedaży, a został z obrazem i rekordową ceną, za którą obraz rzekomo sprzedano… Gdyby w takiej sytuacji zwrócił się o pomoc do instytucji konsumenckiej, to pewnie zainteresowałaby się ona jego sprawą.

Od lat stale rozmawiamy o tym samym. Na przykład: nie ma w kraju prawnie zdefiniowanego zawodu eksperta rynku sztuki. O milionowym majątku obywateli decydują nierzadko osoby przypadkowe, niekompetentne.

To jest wina samych ekspertów! Mówię to jako przedstawiciel tego zawodu. My nic nie robimy, żeby budować rangę zawodu. Postulowałem powołanie stowarzyszenia ekspertów, ale nie było chętnych. Już wprowadzenie obowiązkowego ubezpieczenia OC zdyscyplinowałoby osoby wykonujące usługi eksperta.

Państwo nie reaguje na problemy rynku sztuki, a wystarczyłoby prawnie zdefiniować zawód eksperta…

Są wzory sprawdzone od lat. We Francji ekspert rządowy to urzędnik państwowy, zawód zaufania publicznego, tak jak notariusz. Porządek prawny to najlepsza inwestycja, powtarzamy to 
w „Rzeczpospolitej” od lat.

Za konsultację ustną jako ekspert bierze pan 100–150 zł – to niewiele. Wystawia pan rachunek z kasy fiskalnej.

Za ekspertyzę na piśmie, stwierdzającą autentyczność, liczę tysiąc złotych lub więcej.

To też niedużo.

Trudno utrzymać się z usług eksperta rynku sztuki. Jeśli ma się do oceny jeden obraz w miesiącu, to jaką powinno się policzyć stawkę, żeby za to przeżyć? Przecież gdy ocenia się obraz np. Wiktora Koreckiego nie można zażądać 5 tys. zł. Utrzymuję się z tego zawodu, ponieważ od lat współpracuję z domami aukcyjnymi, galeriami, pracuję dla firm ubezpieczeniowych, banków. Ale rynek rośnie! Potrzeba będzie coraz więcej ekspertów.

Warto sprawdzić: Polski rynek sztuki ciągle jest zacofany i prowincjonalny?

Praktyka dowodzi, że historycy sztuki nie znają technologii malarskiej. Nie potrafią oceniać podłoża: płótno, papier. Kto i kiedy wymusi, żeby ekspertyzę z mocy prawa musieli wystawiać wspólnie historyk sztuki i konserwator?

Konsumenci na rynku sztuki mogą to wymusić. Nabywca może powiedzieć, że nie kupi obrazu bez analizy konserwatorskiej.

Ale wtedy mniej wymagający klient sprzątnie ten obraz sprzed nosa…

Istnieje możliwość rezerwacji, spisania umowy. Jeśli kupujemy w renomowanym domu aukcyjnym, to nikt nam nie odmówi analizy konserwatorskiej. W przypadku odmowy, taka informacja trafi do konkurencji. A konkurencja powiadomi prasę.

Kto ma wymusić, żeby ekspert miał obowiązkowe OC?

Może Stowarzyszenie Antykwariuszy i Marszandów Polskich powinno to wymusić, działając zresztą we własnym interesie? Klienci odebraliby to jako dowód fachowości, solidności. Mogłoby za tym lobbować stowarzyszenie ekspertów – tym bardziej żałuję, że nie powstało. Nie spotykamy się, nie wymieniamy doświadczeń zawodowych. Może za tym lobbować Stowarzyszenie Historyków Sztuki, bo to historycy sztuki najczęściej są ekspertami.

Ostrzega pan przed specyficznym zagrożeniem na rynku sztuki.

Może zaskoczę czytelników, ale za wielkie zagrożenie uważam zaprzyjaźnianie się nabywcy ze sprzedającym. Przyjaźń zaślepia. Antykwariusz zwykle ma charyzmę. Potrafi zaczarować towar i oczarować klienta. Jest elokwentny, dużo mówi. Zaczynamy myśleć tak samo jak sprzedawca. Przyjaźń, poczucie zaufania znieczula nas.

Unikałbym przyjaźni w interesach. Skazujemy się wtedy na jednostronną opinię sprzedawcy przyjaciela. Oczywiście nie znaczy to, że każdy przyjaciel jest automatycznie oszustem, ma złe intencje. Jednak w interesach powinniśmy kierować się własną kompetencją i trzeźwą oceną sytuacji.

Od lat na polskim rynku ekspertyza najczęściej pochodzi od sprzedającego obraz. To absurd! Sprzedającemu nie zależy bowiem na mnożeniu wątpliwości co do jakości oferowanego obrazu.

To prawda, ekspertyzę najczęściej dostarcza sprzedający. Mówimy o tym absurdzie od lat. Mechanizm jest dość prosty. Klient zwykle darzy zaufaniem sprzedającego, a gdy jednak ma wątpliwości, zaczyna szukać eksperta. Ekspert polecany jest przez… sprzedającego.

Widziałem kolekcję, w której były prawie same falsyfikaty. Stworzył ją człowiek wykształcony, obyty.

Zdarza się, że nawet ludzie wykształceni i obyci mają zerową wiedzę o sztuce oraz rynku. Najgorsze, że zwykle przekonani są o swojej wszechstronnej, wybitnej wiedzy i nieomylności. Nie przyjmują rzeczowych argumentów, że obrazy są w oczywisty sposób fałszywe.

Pośpiech przy zakupie stwarza zagrożenie.

Media tworzą sensację wokół rekordowych cen, natychmiastowych finansowych zysków. To tworzy presję na klienta. Dochodzi on do wniosku, że natychmiast musi mieć taki „inwestycyjny” obraz. W takich sytuacjach klient zwykle zdaje się na rady sprzedającego, ślepo mu ufa. A chciwość zaślepia: „Kupię, zainwestuję, szybko zyskam”. Media mówią najczęściej tylko o finansowym zysku, a nie o przeżywaniu piękna. A właśnie przeżycie to jest największy zysk!

Zagrożeniem dla klienta bywa brak oswojenia ze sztuką.

Powinniśmy częściej chodzić do muzeów, oglądać autentyki. Nawet jeśli klient nie zna się na sztuce, ale widział autentyki, to kiedy widzi falsyfikat zaświeci mu się w głowie lampka ostrzegawcza, pojawią się wątpliwości. Wtedy powinien poprosić o ocenę niezależnego fachowca. W muzeum widzimy, jak prawdziwy obraz jest namalowany. Jak wygląda faktura, pociągnięcia pędzla, nawet jak kurz układa się na powierzchni. Wystarczy chwila skupienia i pozostanie nam to w głowie.

Warto sprawdzić: Pomyłki w tym zawodzie wywołują skandale

Czy na aukcjach młodych artystów, gdzie obrazy mają cenę 500–1000 zł, widzi pan geniuszy sztuki, następców np. Andrzeja Wróblewskiego?

Za 30 lub 50 lat dowiemy się, jaka sztuka przetrwa. Czas najlepiej weryfikuje sztukę. Nie widzę osobowości, indywidualności.

Co z polskiego malarstwa w ciągu minionych 30 lat było najlepszą inwestycją?

Zdecydowanie dzieła artystów z okresu międzywojennego. Istotnie podrożały np. obrazy Witkacego. Malowane przez artystę portrety 20 lat temu można było kupować po 15–20 tys. zł, dziś kosztują po 150 tys. zł.