Ułatwiają start debiutantom czy deprecjonują sztukę

Sprzedaż prac z cenami wywoławczymi 500 zł psuje rynek, z drugiej strony takie licytacje przyciągają nowych kolekcjonerów.

Publikacja: 25.11.2015 21:00

Norman Leto, Gainsborough Ex-Portrait, 2007, olej, płótno, czwarte miejsce w KMS 2015

Norman Leto, Gainsborough Ex-Portrait, 2007, olej, płótno, czwarte miejsce w KMS 2015

Foto: Art Agenda Nova

Regularnie organizowane aukcje młodej sztuki według większości galerzystów negatywnie wpływają na współpracę z debiutantami ze względu na niskie ceny sprzedaży (cena wywoławcza 500 zł). Jednak dla wielu młodych artystów są jedyną szansą na zaprezentowanie swoich dokonań. Galerie skupiają się najczęściej na kilkunastu wybranych adeptach szkół i wydziałów plastycznych. A tych jest coraz więcej.

– Kształci się zbyt wielu „artystów” i potem mamy pełno młodych frustratów – mówi Janina Górka-Czarnecka, właścicielka krakowskiej Galerii Artemis. – Istnieje nadprodukcja sztuki przy bardzo mizernym zapotrzebowaniu ze strony społeczeństwa i braku przygotowania do odbioru sztuki współczesnej. Stała promocja moich młodych owocuje sprzedażą, ale nie w ilości pozwalającej im na utrzymanie się. Kiedyś artyści, by przeżyć, malowali portrety na zlecenie. Teraz zajmują się projektowaniem komputerowym.

Wsparcie od rodzin

Opinię tę potwierdza dr Katarzyna Stanny, która prowadzi Pracownię Projektowania Intermedialnego na Wydziale Sztuki Mediów warszawskiej ASP. Jej zdaniem pojawienie się w ostatnich latach wielu nowych wyższych szkół artystycznych sprawi, że wielu absolwentów będzie miało problemy. Rynek nie jest tak chłonny, by przyjąć wszystkich.

– Liczy się jakość, a nie ilość. Ważne jest nie tylko wykształcenie artystyczne i talent, ale także pasja twórcza, przedsiębiorczość oraz pracowitość – dodaje dr Katarzyna Stanny.

Przyszłych artystów nikt nie przygotowuje do życia po akademii. Nie każdy potrafi być własnym menedżerem i odpowiednio zadbać o promocję.

– Poza niezwykle wąską grupą artystów obecnych na rynku potężna część krajowej sprzedaży to zakupy do publicznych kolekcji. Czy można nazwać to rynkiem? Balcerowicz by polemizował – przekonuje Mikołaj Iwański, doktor ekonomii. – Uzyskiwanie bardziej uchwytnych dochodów umożliwia uczestnictwo w projektach prowadzonych przez publiczne instytucje i organizacje pozarządowe czy w zagranicznych rezydencjach. Nieznacznie więcej niż kilka lat temu jest honorariów uzyskiwanych za udział w wystawach. W tym zakresie jest jeszcze wiele do zrobienia.

Jednym z warunków utrzymania się w branży, jak wykazało badanie Fabryka Sztuki prowadzone przez Wolny Uniwersytet Warszawy, jest dysponowanie tanim mieszkaniem, uzyskanym najczęściej od rodziny. Tylko w ten sposób, nie ponosząc kosztów najmu czy spłaty kredytu hipotecznego (poza zasięgiem przy uzyskiwanych dochodach), można pozwolić sobie na pracę w tak słabo opłacanej dziedzinie.

W ramach dwuletnich badań Fabryka Sztuki przeprowadzono prawie sto wywiadów z ludźmi sztuki z całej Polski, przeanalizowano około 20 projektów artystycznych realizowanych w ostatnich trzech latach. Wolny Uniwersytet Warszawy prześwietlił sztukę niczym fabrykę, która charakteryzuje się specyficznym podziałem pracy, wytwarza różne, niekoniecznie materialne dobra.

Z raportu wynika m.in., że prawie 70 proc. artystów czerpie z rynku nie więcej niż 10 proc. swoich zarobków. Ich satysfakcja z pracy jest niezależna od czynników ekonomicznych, takich jak zarobki. Pracują z miłości do sztuki, nawet jeżeli przynosi im to biedę. Jednak w dłuższej perspektywie taka sytuacja wywołuje wypalenie i frustrację. Najczęściej wymienianą niesprawiedliwością jest nieopłacanie artystów za udział w projektach. Godzą się na to, żeby móc robić kolejne.

Młodzi dostają większe wsparcie od rodzin i partnerów niż z rynku sztuki czy w formie stypendiów ministra. Bardzo rzadko mają dzieci albo kogokolwiek pod opieką. Aktywnie działają (najczęściej mając 25–35 lat) przez dekadę, później zmieniają branżę.

Należy jednak zauważyć, że w dobie internetu młodzi artyści mają o wiele większe niż kiedyś możliwości sprzedaży prac. Nowe szanse stwarza im ułatwiony kontakt ze światem, możliwość wywozu dzieł bez zezwoleń konserwatora, dostępność pobytów rezydencjalnych. Rynek jest niewielki, ale istnieje.

Ważne konkursy

Zdaniem Marcina Gołębiewskiego, eksperta rynku sztuki, młodym twórcom nigdy nie było łatwo. Apetyty rozbudził sukces „ładniowców”, przede wszystkim Wilhelma Sasnala. Po 2000 r. powstało wiele galerii. Ten okres już się niestety skończył.

– Sytuacja rynkowa wydaje się stabilna. Widać jednak wyraźnie, że umacnia się rola instytucji, muzeów i galerii. Stwarza to dodatkowe szanse dla młodych, ale artystów jest coraz więcej. Kiedyś były dwie akademie i kilka szkół wyższych, teraz mamy ich siedem czy osiem – mówi Paweł Sosnowski, właściciel warszawskiej galerii Propaganda. – Istotną rolę odgrywają konkursy, gdzie twórcy mogą się zaprezentować. Warto wyróżnić dwa: Konkurs im. Eugeniusza Gepperta i Bielską Jesień. Bardzo mocno zaistniał dawny konkurs Artystyczna Podróż Hestii. Po przeniesieniu z Sopotu do Warszawy i związaniu go z MSN oraz warszawskimi galeriami stał się nagle pierwszoplanowy. W tym roku mamy też Spojrzenia, organizowane od kilkunastu lat przez Deutsche Bank i warszawską Zachętę. Nazwiska z tych konkursów pojawiają się w czasie Warsaw Gallery Weekend, imprezy, która umocniła się na polskim rynku.

Czy aukcje młodej sztuki, oferujące prace z cenami wywoławczymi 500 zł, promują sztukę czy może bardziej psują rynek?

– Zdania na ten temat są podzielone. Z jednej strony obserwujemy deprecjację sztuki za sprawą sprzedaży dzieł po tak niskich cenach, z drugiej strony licytacje przyciągnęły liczne grono nowych kolekcjonerów – twierdzi Rafał Kamecki, właściciel portalu artinfo.pl; jest to źródło informacji o wszystkich organizowanych w Polsce aukcjach sztuki.

Od pojawienia się pierwszych aukcji młodej sztuki upłynęło już ponad pięć lat.

– Rok 2015 będzie rekordowy pod względem liczby tego typu licytacji. Do końca roku odbędą się 44 imprezy, a łącznie z prowadzonymi tylko w wersji internetowej – ponad 60. Ostatnio pojawiło się wiele galerii, które z powodzeniem organizują aukcje młodej sztuki, m.in. Galeria Next z Bydgoszczy, Bohema, Pragaleria i Stalowa z Warszawy, Galeria AB z Krakowa czy DNA z Wrocławia. Poszerzyło się także grono artystów i wzrosła liczba sprzedawanych prac. Odnotowaliśmy rekordy obrotów na pojedynczej aukcji. Wyniki renomowanych domów aukcyjnych stale przekraczają 120–150 tys. zł, a jeśli oferta jest wyjątkowo dobrze dobrana, dochodzą do 200–250 tys. zł. Mniejsze firmy zadowalają się wynikami 50–80 tys. zł. Klienci gotowi są płacić więcej za podobnej klasy prace w zależności od miejsca, w którym odbywa się aukcja – dodaje Rafał Kamecki. Prace niektórych artystów są wysoko licytowane. Na przykład portrety olejne Małgorzaty Kosiec osiągają ceny 10 tys. zł. Artystka współpracuje tylko z wybranymi domami aukcyjnymi. Ma zakontraktowane prace na kilka aukcji do przodu.

Powiększa się grono kolekcjonerów prac streetartowych. Największy sukces osiągnęła grupa Monstfur (od 6 tys. do 15 tys. zł), laureatka wielu nagród i wyróżnień; na ostatnim konkursie Stencil Art Prize w Australii członkowie grupy otrzymali Grand Prix – pokonali 92 konkurentów z 21 krajów. Ich dzieła znajdują się w prywatnych kolekcjach w kraju i za granicą, od niedawna także w zbiorach muzealnych.

Zdolnym jest łatwiej

Zdaniem Marty Tarabuły, właścicielki krakowskiej galerii Zderzak, nie ma aż tyle dobrej młodej sztuki, żeby zapełniać domy aukcyjne z tak dużą częstotliwością. Dlatego ani poziom artystyczny, ani ceny nie są imponujące.

– Powstała nawet niebezpieczna zbitka pojęciowa: młoda sztuka równa się tania sztuka. Coraz częściej mówi się i pisze, że aukcje młodej sztuki psują rynek. Nie jestem więc pewna, czy akcja zapędzania początkujących artystów do zagrody z napisem „młoda sztuka” wychodzi im na dobre. Najlepsi twórcy szybko trafiają do galerii. To tam odbywa się pierwsza selekcja. Dobrych galerii jest coraz więcej, dzięki temu młodym artystom łatwiej jest dziś odnaleźć się na rynku. Kiedyś byli skazani tylko na instytucje publiczne – dodaje Marta Tarabuła.

Przeciwnikiem aukcji młodej sztuki jest również Paweł Sosnowski. Jak twierdzi, nie można wypromować kogokolwiek, stosując egalitaryzm cenowy i to na poziomie 500 zł. To nieprawda, że rynek sam ustali ceny. Wielokrotne pojawienie się artysty na takich aukcjach stworzy quasi-rynek jego prac na poziomie kilku tysięcy. To wszystko, co zdoła osiągnąć. Cała reszta twórców dostanie po kilkaset złotych i na tym się skończy.

– Pozycję artysty kształtują instytucje, a nie rynek – mówi Paweł Sosnowski. – Porządne galerie, które dużo robią dla swoich artystów, nigdy nie przyjmą kogoś „splamionego” niską ceną za duży, reprezentacyjny obraz. Domy aukcyjne nie robią nic dla młodych artystów poza przyjęciem ich prac na tanie aukcje, na których zaopatrują się dekoratorzy wnętrz. Nie oczekujmy, że wśród nich znajdzie się przyszły Sasnal. Aukcje promocyjne to nie jest inwestycja. Dawniej było o wiele mniej artystów, więc i konkurencja była słabsza. Jednocześnie nie było tylu galerii, tylu wystaw, tylu konkursów, katalogów, informacji, możliwości prezentacji. Zdolnym jest teraz o wiele łatwiej.

Opinia

Karolina Nowak, ekspert ds. inwestycji w dzieła sztuki Wealth Solutions

Aukcje młodej sztuki to specyfika polskiego rynku. W Europie Zachodniej i Stanach Zjednoczonych unika się mieszania rynku wtórnego z pierwotnym. Debiutujący artysta może zaistnieć, startując w prestiżowych konkursach artystycznych, biorąc udział w wystawach, rezydencjach. To właśnie tutaj ma szansę być dostrzeżony przez wpływowych galerzystów czy kuratorów. Sukces artysty to zawsze połączenie talentu z pracą osób promujących jego twórczość. Dlatego na AMS nie znajdziemy „drugiego Sasnala”. Moim klientom proponuję artystów, którzy wiedzą, że tego typu aukcje nie są pomysłem na rozpoczęcie kariery.

Regularnie organizowane aukcje młodej sztuki według większości galerzystów negatywnie wpływają na współpracę z debiutantami ze względu na niskie ceny sprzedaży (cena wywoławcza 500 zł). Jednak dla wielu młodych artystów są jedyną szansą na zaprezentowanie swoich dokonań. Galerie skupiają się najczęściej na kilkunastu wybranych adeptach szkół i wydziałów plastycznych. A tych jest coraz więcej.

– Kształci się zbyt wielu „artystów” i potem mamy pełno młodych frustratów – mówi Janina Górka-Czarnecka, właścicielka krakowskiej Galerii Artemis. – Istnieje nadprodukcja sztuki przy bardzo mizernym zapotrzebowaniu ze strony społeczeństwa i braku przygotowania do odbioru sztuki współczesnej. Stała promocja moich młodych owocuje sprzedażą, ale nie w ilości pozwalającej im na utrzymanie się. Kiedyś artyści, by przeżyć, malowali portrety na zlecenie. Teraz zajmują się projektowaniem komputerowym.

Pozostało 91% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Sztuka
Zdrożeją obrazy malarzy kolorystów
Sztuka
Tanio kupowali zaginione dzieła i odsprzedawali je za miliony
Sztuka
Tanie wybitne obrazy jako fundusz emerytalny. W co zainwestować
Sztuka
Nikifor na wystawie. Prace niespotykane na rynku
Akcje Specjalne
Naszym celem jest osiągnięcie 9 GW mocy OZE do 2030 roku
Sztuka
Sztuka komiksu na inwestycję i do zbioru
Sztuka
Na rynku sztuki potrzebna korekta. Nikt nie chciał pewniaków aukcyjnych